środa, 15 lutego 2017

Kilka słów o książce



Po lekturze książek, z którymi zetknąłem się swego czasu, dochodzę do wniosku, że Hiszpania posiada niezwykłą moc, przyciągającą współczesnych pisarzy. Między innymi: W. Wharton w „Rubio”, K. Harrison w „Tysiącu drzewek pomarańczowych”, a także Cohello w „Pielgrzymie”, umieścili akcję swoich książek we wschodniej części Półwyspu Iberyjskiego. Podobnie Brytyjczyk; David Lodge w epilogu wydanej w 1995 roku książki „Terapia” pozwala dopełnić się rozpoczętej przed 35 laty historii właśnie na terenie pięknej Hiszpanii. 


Pierwsza z czterech, różniących się zarówno pod względem treści jak i formy, części oprowadza nas po kulisach produkcji „soapu”. Chodzi oczywiście o popularny także w naszym kraju gatunek serialu telewizyjnego zwany sitcomem (przy okazji; przedrostek „sit” nie pochodzi od siedzenia, które związane jest nieodłącznie z oglądaniem telewizji, ale od określenia situation – czyli sytuacyjny, „com” to oczywiście komedia). Bohater to dobiegający sześćdziesiątki autor scenariusza, realizowanego od pięciu sezonów, hitu tego gatunku na Wyspach Brytyjskich, zatytułowanego potocznie „Sąsiedzi”. Tobbyego (Laurenca) poznajemy gdy rozpoczyna kurację swojego prawego kolana, które niespodziewanie zaatakował ostry, trudny, jak się okazuje, do zdiagnozowania ból. Obok tej typowo fizycznej dolegliwości cierpi on na parę przypadłości związanych bardziej z ludzkim psyche. Można je razem sprowadzić do określenia „niedowład wewnętrzny”. Efekt tegoż niedowładu jest taki, że zamiast osoby zadowolonej ze swojego udanego życia zawodowego i poprawnego życia osobistego, mamy hipochondryka zmagającego się z podjęciem najprostszych decyzji, otyłego mężczyznę z syndromem wieku średniego oraz uzależnionego od wszelakich terapii, rozkojarzonego wciąż malkontenta. I nagle w jego ustabilizowanej egzystencji ma miejsce niespodziewane wydarzenie, przewracające do góry nogami nie tylko jego dotychczasowe życie, ale zmieniające również cały jego światopogląd i osobowość. Ostateczny efekt tego co się wydarza to między innymi wyjazd do wspomnianej Hiszpanii. Tyle w ogromnym uproszczeniu o bohaterze i treści. A propos tytułowej terapii - na początku obawiałem się, że książka Lodge’a będzie w całości dotyczyć walki z chorobą stawu kolanowego. Pomyliłem się; na całe szczęście. Co prawda kwestia bólu w kolanie przewija się praktycznie do samego końca, ale dużo istotniejsze jest zmaganie się naszego bohatera ze swoją „najnieszczęśliwością” (wyjaśnienie tego określenia w książce). Po szoku oraz pierwszych absurdalnych i śmiesznych zachowaniach, powoli zaczyna uspokajać i opanowywać sytuację. Początek „odnowy” i „powrotu do zdrowia” wiąże się z akceptacją, lub raczej z odnalezieniem siebie samego. Spory udział w tej metamorfozie miał duński filozof Sorge Kirkegaard, którego twórczość a także historia nieudanego związku z niejaką Reginą wpłyną mocno na poglądy scenarzysty „Sąsiadów”. Doprowadza przede wszystkim do zmiany jego spojrzenia na wydarzenie sprzed blisko 45 lat i do naprawy błędu.

„Terapię” czyta się przyjemnie (to taka złośliwa przyjemność) między innymi ze względu na podobieństwo pomiędzy warunkami społeczno - gospodarczymi jakie panowały w opisywanej przez Lodge’a Wielkiej Brytanii początku lat 90-tych, z sytuacją mającą wciąż miejsce u nas. Inna analogia, która nasunęła mi się w trakcie lektury dotyczy analizy dokonań dziwacznego Duńczyka. Podobnie jak Lodge , także nasz rodzimy twórca Antoni Libera w wspaniałej „Madame” pokusił się o stosunkowo wnikliwą analizę twórczości między innymi Shopenhauera. Przyznam, że przepadam za tego typu „wkrętami’, zwłaszcza gdy są one logicznie uzasadnione i naturalnie wplecione. Bohater „Terapii” ma też inną ciekawą... przypadłość, a mianowicie namiętne wertowanie wszelkich słowników, leksykonów, encyklopedii w których odnajduje definicje i znaczenia słów, z którymi spotyka się na co dzień (zarówno w pracy tak i w życiu osobistym). Traktuje to jako ciągłe uzupełnianie wykształcenia, które przerwał przed laty wybierając drogę kariery. Zmiana jaka dokonuje się w bohaterze „Terapii” ma nie tylko charakter emocjonalny lecz również intelektualny . Dzięki swojemu osobliwemu hobby dociera, jak wspomniałem, do dorobku Kirkegaarda. To prowadzi w konsekwencji do wzmożonego wysiłku umysłowego, a nawet próby zerwania z serialową twórczością, na rzecz trudniejszego repertuaru. Niestety, ku mojemu zdziwieniu Laurence niezbyt jest wytrwały w swoich ambitnych dążeniach.

„Terapia” potwierdza parę życiowych prawd. Po pierwsze - „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”, a po drugie – wszyscy potrzebujemy czasami mocnego wstrząsu (niektórzy nazywają to także kopem), aby zmienić coś w swoim życiu. Aby wyrwać się ze stagnacji i obudzić drzemiący w nas potencjał oraz pokłady siły. Wbrew okładkowym minirecenzjom „Terapia” to nie tylko lekka lektura „dla wszystkich czytelników, którzy lubią się dobrze bawić”, ale również kawałek nieco trudniejszej, zmuszającej do refleksji literatury. I nie jest kompletnie problemem, że odnajdujemy w niej trochę zapożyczeń i podobieństw. Ja przynajmniej bez oporów przymknąłem na to oko, gładko pochłaniając ponad 350 stron prozy Davida Lodge’a i z przekonaniem sięgnę po jego inne propozycje. Być może będzie to „Notatnik polski” z 1981 roku. 
Arkadiusz Kowalski




wtorek, 31 stycznia 2017

O CZYTANIU. Jak czytam(y) książkę... (cz. 1)

Czytanie to na pozór prozaiczna czynność. Raczej każdy to potrafi...


Specyfiką czytania książek jest fakt, że to bardzo indywidualny, a może nawet wręcz... intymny proces. Poza nielicznymi sytuacjami (czytanie dzieciom i starszym osobom, spotkania autorskie, itp.) zdecydowana większość z nas czyta w pojedynkę. Filmy, chociażby w kinie oglądamy gremialnie, muzyki również słuchamy chętnie zbiorowo; w salach koncertowych lub na plenerowych imprezach. Natomiast z książkami jest inaczej. Gdy chcemy poczytać to najczęściej (na własne życzenie) alienujemy się, chowamy się, uciekamy w odrębność, szukając izolacji od świata. 

Myślę że każdy z nas czyta inaczej... Czytania jakiejkolwiek pojedynczej lektury, to dla mnie pojedynczy (no bo raczej nie ma dwóch takich samych książek) ale powtarzający się każdorazowo rytuał. Jest obwarowany pewnymi zasadami i wygląda następująco – 1; Przede wszystkim nigdy wcześniej nie czytam recenzji. Absolutnie. Lubię niespodziankę i posmak nowości. Dzieje się tak również dlatego, że najważniejsze jest dla mnie wyrobienie sobie mojego własnego zdania na temat danej pozycji, a nie opieranie się na opiniach krytyków lub innych czytelników. 2; Gdy zaczynam, najczęściej omijam wszelki dedykacje, podziękowania i wstępy. Nie interesuje mnie komu i za co pisarz jest wdzięczny, a także nie rozumiem potrzeby wyjaśniania z jakich powodów dana książka powstała lub co autor ma (miał) zamiar przekazać w leżącej przede mną lekturze. Wszelkie posłowia i przypisy także mam... w pogardzie. 3; Nie czytam też, przynajmniej startując wszelkich informacji na obwolucie. Nie dla mnie „back cover'y”. Dopiero nieco później, w trakcie asymilowania treści pisanej, gdy już się wciągnę w publikację, zaczynam drążyć, zaczynam się interesować bardziej. Na początek „pod młotek” idzie notka biograficzna; wiek autora, dorobek, zdobyte nagrody. Kolejny punkt to ewentualne cytaty/tekściki reklamowe/'polecenia' wcześniejszych czytelników. Ale wciąż, POD ŻADNYM POZOREM NIE CZYTAM NIC CO WYJAŚNIAŁOBY MI TREŚĆ LEKTURY. Sprawdzam również rok pierwszego wydania i, jeśli jest to pozycja zagraniczna, datę wydania w Polsce oraz oryginalny tytuł. 4; Zdarza mi się przerwać na dobre czytanie w trakcie, i choć nie dzieje się to często to jednak zdarza się. Nie mam z góry określonej liczby stron do przyswojenia, gdyż czytam książki o... rożnym tonażu stronicowym. Tak czy inaczej gdy w trakcie czytania zaczynam się męczyć, to najpierw zapala się ostrzegawcze światełko, zaczyna się lekka nerwowość, i wtedy następne strony decydują o kontynuacji lub zaprzestaniu czytania. Powód tego działania jest prosty; na świecie jest tyle rożnych książek do przeczytania (kosmos!), że TRACENIE CZASU NA CZYTANIE TAKICH, KTÓRE MI SIĘ NIE PODOBAJĄ NIE MA SENSU. 5; I jeszcze parę innych, moich czytelniczych, specyficznych przyzwyczajeń. Dla przykładu - odginam zawsze pozaginane przez innych rogi kartek, choć niestety również zdarza mi się (sic!) samemu, (choć jedynie na moment) gdy chcę później do czegoś wrócić, niniejsze rogi zaginać.
Przepisuję, poza tym, często do specjalnych zeszytów, mniejsze lub większe fragmenty, czytanych książek. Robię to głównie dlatego, że coś, jakieś zdanie lub myśl ujmuje mnie specjalnie, ale również po to, żeby mieć odnotowane że zetknąłem się już z daną pozycją. Inna moja „fiksacja” - w przypadku książek wypożyczonych z biblioteki, gdy kiedyś używano jeszcze pieczątek z datą (w mojej lokalnej filii wciąż ma to miejsce), zdarzało mi się prześledzić kiedy wcześniej wypożyczana była dana książka i jaką popularnością cieszyła się w przeszłości. Innym moim zwyczajem jest przerywanie czytania jedynie na początku kolejnej strony. Kolejna związaną z tym reguła; zazwyczaj nie odrywam się od lektury przed zakończeniem akapitu. Mam też inną, niezmienną „przypadłość”. To moja żelazna zasada – NIGDY NIE NISZCZĘ KSIĄŻEK. Wręcz odwrotnie, zdarzało mi się „ratować” je, klejąc i czyszcząc niektóre poturbowane egzemplarze z bibliotek lub z półek znajomych. Są jeszcze papierowe zakładki. Moje ulubione to takie, które są ze mną i książkami, które czytam od lat. Nieco podniszczone ale wciąż zdolne do „zakładania”. Aha; zdarza mi się wąchać nowe książki.... 
(c.d.n.)


Arkadiusz Kowalski

wtorek, 20 września 2016

Wspomnienia z wakacji - Tunezja


Djerba - tunezyjska wyspa na Morzu Śródziemnym, w zatoce Mała Syrta, od czasów rzymskich połączona groblą z kontynentem afrykańskim. To największa zielona wyspa Afryki Północnej, położona u południowo-wschodnich wybrzeży Tunezji w pobliżu granicy z Libią.



3 Listopad 2003r.

Mamy wylot samolotem z Katowic który trwa około 3godzin. Na miejsce dotarliśmy późną nocą. W recepcji mieliśmy miłe powitanie. Przydział domków. Zakwaterowani jesteśmy w domkach typu bungalow, z dużym tarasem, widokiem na morze na placu duży basen z leżakami i parasolami. Warunki idealne. Duży salon, sypialnia, łazienka i aneks kuchenny z lodówką. Lodówka była bardzo przydatna. Tak na wszelki wypadek zabraliśmy ze sobą, kiełbasę suchą, krople na dobre trawienie i inne produkty.




Po tygodniowym pobycie, zaproponowano nam wyjazd na SAHARĘ. Wycieczka na pustynię ma zająć 3 dni. To najatrakcyjniejsza najdroższa i najbardziej męcząca z wycieczek organizowanych przez tunezyjskie biura podróży. Taka wycieczka warta jest trudu, bowiem nawet z samego autokaru dużo kraju, krajobrazów i normalnego życia mieszkańców jest się w stanie zobaczyć.W tej wycieczce zwiedziłam także osadę rdzennej ludności Tunezji - Berberów, którzy żyją bardzo skromnie w domach wykutych w skałach Przejażdżka na wielbłądach. Przygotowania do wymarszu.

Karawana wyruszyła na poszukiwanie OAZY


Odpoczynek, piasek jest zimny. Nie nagrzał się po chłodnej nocy.



W tle widoczny zamek, wybudowany do filmu GWIEZDNE WOJNY. w którym mieliśmy nocleg.Hotel był jak z bajki.Pierwszy widok przy wejściu budzi szok. Widzę wielki basen, z błękitną wodą, nad basenem gwieździste niebo. W koło basenu, szeroki taras z którego są wejścia do naszych sypialni. W sypialni duży dywan i wszystko z kamienia: stół, ława do siedzenia, łóżko na, które się wchodziło po kamiennych schodkach. Na łóżku, żółta pościel, z czerwonymi wzorami gwiazd i księżyca. Czułam się jak w HAREMIE. Tej samej nocy, mieliśmy propozycję, wyjścia do ‘’ RAJU’’.Był warunek , ten mógł iść, kto miał zdrowe serce i silne nerwy. Ja poszłam, bo jak to nie zobaczyć jak jest w raju.


Do raju wchodziło się pojedynczo, jest wąsko i ciemno. Zaraz przy wejściu, powitała nas śmierć z kosą, otworzyła się trumna i wychodził z niej trup. Dalej wyskakiwały duchy, wielki syczący wąż i inne stwory. Ale w raju było już cudownie. Gwieździste niebo, ogród oliwny, jabłoń, a pod nią Adam i Ewa. PiĘKNY LUNAPARK Było to wesołe miasteczko.


Teraz problem jak wyjść. Trzeba wyjść przez pomieszczenie, w którym śpi ROZBÓJNIK ALIBABA Z KOLEGAMI ROZBÓJNIKAMI , cicho aby nie obudzić. oni śpią w beczkach głośno chrapią. udało się. Następnego dnia rano jedziemy w kierunku różowiejących się w promieniach słonecznych GÓR ATLAS. Najwyższe pasmo górskie w Afryce. jedziemy dalej, przez pustynny obszar do małej OAZY CHEBIKA, w której są głębokie wąwozy z sączącą się na dnie stróżką wody. Wzdłuż KANIONU wyrosły daktyle, krzaki , kwiaty.


Obok w Oazie pojawiły się stragany z pamiątkami, w których na pierwszym miejscu wysuwają się róże pustyni. Sprzedawcy na straganach mają kartoniki z napisem w jęz. polskim ‘’ Najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny’’. Po drodze tej podróży, napotykamy na przylepione do stoku domki,w których już kilka tysięcy lat temu, mieszkali tam ludzie. Następnym punktem programu, jest JEZIORO SŁONE. WIELKI SZOTT to słone bezodpływowe jezioro. Położone między Saharą a terenami górzystymi. Jezioro pokryte jest kryształkami soli, które przyjmują przeróżne barwy.


Szczególnie warto wybrać się tu o zachodzie słońca.Widok jaki zobaczymy pozostaje na długo w pamięci. Można tu zobaczyć ZJAWISKO FATAMORGANA.( Ja widziałam - złotą karetę, a w niej królewicza z przepiękną królewną, jechali po tafli soli). To jezioro uwieńczono w kultowym filmie GWIEZDNE WOJNY. Pozostała nam przejażdzka Quadem po Saharze. tu rosła adrenalina. Pędzisz przez piaski, pagórki, kamienie. Gdzieniegdzie rzadka roślinność, piękne widoki, wspaniałe skały, tumany kurzu, a nad nami szybują wielkie ptaki. Po drodze spotykasz smutne spragnione wielbłądy.Koniec wycieczki. dwudniowy odpoczynek. Czas się pakować i wracać do domu z piaskiem z Sahary.

Janina Korol

wtorek, 26 lipca 2016

Rozmowa z Karoliną


Urodziłaś się 2 Listopada 1983r. Miałaś być chłopcem, o imieniu Karol. A że urodziłaś się dziewczynką, wujek Marek , dał Ci na imię Karolina. Urodziłaś się o cerze śniadej i miałaś długie czarne włosy. Rosłaś zdrowo, byłaś wesołą dziewczynką.


DSCN1474.JPG


Do dziesięciu lat z rodzicami i siostrą, mieszkaliśmy razem. Rodzice kupili mieszkanie, wyprowadzili się. Ty nie chciałaś z nimi iść. Nie pomogły prośby, rodzicom było bardzo przykro. Mama do szkoły przyjechała , aby Cie zabrać do nowego domu. wyskoczyłaś  jej z pędzącego auta i wróciłaś do nas. Rodzice przyszli po Ciebie, zamknęłaś się w łazience razem z tornistrem książkami, przesiedziałaś tam kilka godzin i płakałaś. Nie pomogły prośby, nikomu nie chciałaś otworzyć drzwi. Rodzice odjechali - dopiero wyszłaś. Mama postanowiła pójść z Tobą do psychologa na rozmowę, szukała pomocy. Jak szłaś -10letnie dziecko-zakładałaś na siebie mój dres, śmiesznie to wyglądało. Z dumą chwaliłaś się Pani psycholog, że to babci dres, a założyłaś go, aby Cię chronił. Rozmowy nic nie dały. Zadecydowano, że zostaniesz z dziadkami. Był jeden warunek, musisz się dobrze uczyć. Ja nie byłam zachwycona tą decyzją, uważałam, każde dziecko powinno być przy rodzicach. Stało się, ty dotrzymałaś słowa, byłaś wzorową uczennicą. Jeździliśmy razem na wczasy Balaton, do Zakopanego i do Łeby.
W Łebie dziadzio się wychował. Chciał Ci pokazać swoją szkołę, boisko na którym kopał w piłkę, wydmy ruchome, jezioro na którym łowił ryby. No i dom w którym mieszkał.


DSCN1473.JPG


Bardzo lubiłaś jeździć autem. Samochód ruszał, a Ty z dziadziem zaczynaliście śpiewać swój repertuar - mieliście bogaty. Po skończeniu szkoły podstawowej poszłaś  do Liceum Ogólnokształcącego.
Trzecią i czwartą klasę liceum robiłaś w Niemczech w Guben. To była międzynarodowa szkoła.Marzyłaś aby ukończyć Akademię Medyczną. Dokonałaś tego bez problemu. Egzaminy zawsze zaliczałaś za pierwszym podejściem.
Przypominam sobie, jak na studiach Twoja koleżanka urodziła dziecko. Aby nie musiała brać urlopu dziekańskiego Ty i Samira, postanowiłyście pomóc koleżance i na zmianę zajmowałyście się Zbysiem. Koleżanka ukończyła studia, a Zbysiu wyrósł.
Dyplom otrzymałaś 2010r. Przy wręczaniu dyplomu towarzyszyłam Ci. Byłam z Ciebie dumna. Osiągnęłaś to o czym marzyłaś. Udało się dzięki, ciężkiej i systematycznej nauce.
Pierwsza pracę rozpoczęłaś w klinice na oddziale neonatologi. Byłaś tam rok. Uważałaś, że tam mało zdobywasz wiedzy - przeniosłaś się na anestezjologię. Uważałaś, że tam możesz chorym więcej z siebie dać. Pracowałaś też  w pogotowiu ratunkowym - aby dorobić. Jako lekarz rezydent mało zarabiałaś. Nie wystarczało na opłaty mieszkania, dojazdy. No i książki. Lekarz cały czas musi się doszkalać, pogłębiać wiedzę. Byłaś silną ambitną osobą.
Jak zachorowałam - leżałam na onkologii.Ty z pracy zamiast jechać do domu, każdego dnia, przyjeżdżałaś do mnie do szpitala. Przywoziłaś recepty na leki chorym , bo trzeba było brać a szpital nie miał. I tak przez trzy miesiące.
Kiedy zabierali mnie z oddziału na blok operacyjny, Ty stałaś pod drzwiami. Wywozili mnie z bloku na oddział - byłaś przy mnie. Pamiętam jak na sali zakładałaś mi na szyję łańcuszek z ANIOŁEM STRÓŻEM - babciu nigdy go nie zdejmuj, niech cię strzeże  przed chorobą i złem. Byłaś bardzo uczuciową osobą.
Pewnego dnia, kiedy wchodziłaś do mnie na salę, podłączano mi krew. Radioterapia robi swoje. Niszczy komórki chore i zdrowe - jak to zobaczyłaś, nie wytrzymałaś, zaczęłaś szlochać i powtarzać “dlaczego to moja babcia”. Zabrano Cię.  Dopiero na drugi dzień przyszłaś do mnie.
Dostawałam przepustkę do domu co pięć dni - tyle trwał cykl naświetleń. Jak wyniki były dobre, można było jechać do domu na dwa dni. Ty mnie odwoziłaś do domu i  przywoziłaś z powrotem do kliniki. Mnie się udało.
W roku2015 przeniosłaś się do Kliniki Profesora Religi - Śląskie Centrum Chorób Serca. Zaczęłaś też załatwiać  formalności  na misję wojskową do Afganistanu. Brakowało Ci czasu na przyjazd do domu - ale pamiętałaś. Codziennie przysyłałaś SMS, albo dzwoniłaś. Najczęściej w nocy dałaś sygnał - jak nie spałam dałam znak. Kiedy zadzwoniłaś -  rozmawiałyśmy. Czułyśmy się jak w domu, gdzie zawsze siadałyśmy w kuchni przy stole z herbatką. Trzymałyśmy się za ręce. Ty mi opowiadałaś - ja słuchałam.
W tym roku na dzień babci miałaś w klinice dyżur. Przyjechałaś później 7 lutego w niedzielę. Jak nigdy przywiozłaś wino, kawę, bardzo dużo ciasta, prezenty. Było bardzo przyjemnie i wesoło Pobyłaś parę godzin musiałaś wracać bo rano do pracy. Przy pożegnaniu przytuliłaś mnie. I powiedziałaś: Babciu ja nie pozwolę, abyś kiedyś musiała iść do domu opieki społecznej. Będę pracować i opiekę zapewnię Ci w domu. Te słowa, jak echo odbijają się od ściany do ściany. To był nasze ostatnie spotkanie i pożegnanie.


IMG_0193.JPG


Odjechałaś na zawsze. Dziewiąty luty wtorek dostałam wiadomość. TWOJE SERCE PRZESTAŁO BIĆ. Nie wiem co się ze mną działo. Trudno mi w to uwierzyć. Już szósty miesiąc jak Cię nie ma. A ja wciąż czekam na Ciebie. Patrzę na telefon - milczy. Sprawdzam SMS - PUSTY. Każdego piątku - wiesz - w domu mam  taki dzień sprzątania. Odkurzam Twój pokój. Spoglądam na Twoje zaścielone nowe łóżko, w którym spałaś dwa razy. Obok na szafce stoi Twoje zdjęcie, na którym się uśmiechasz - myślisz, babciu weź się w garść.
Dzisiaj na ogrodzie, nacięłam dużo lawendy, powkładam do woreczków. Poukładam w Twojej szafie między ubraniami i książkami. Niech pachną. Próbuję się pozbierać. Ale są chwile, ze nie daję rady. Jak mam takie ciężkie momenty, idę do Ciebie, nawet parę razy w tygodniu. Zapalę znicz, porozmawiam z Tobą. Ale ty milczysz. A ja czekam na Ciebie. Powiem Ci jeszcze, że w dniu, kiedy Twoje prochy składano do mogiły, miałaś bardzo dużo ludzi. Był twój Profesor z Zabrza, który się Tobą opiekował. Była dr Magda, która bardzo Ci zaufała. Koleżanki rezydentki, instrumentariuszki z bloku operacyjnego. Były karetki pogotowia z Legnicy i Bolesławca. W chwili składania urny z prochami do ziemi karetki przeraźliwie wyły. Był to bardzo wzruszający moment. Mogiła tonęła w kwiatach. Kiedy stoję nad mogiłą myślę - Ty pomogłaś uratować życie i zdrowie wielu osobom. A Ciebie nie udało się przywrócić do życia.
Teraz  masz spokój. Płoną znicze przy mogile w doniczkach stoją hortensje.To są kwiaty, które bardzo lubiłaś. Chodziłaś po ogrodzie i
fotografowałaś.
znicz plonacy wier4.gif

Janina Korol

czwartek, 7 kwietnia 2016

Malowana wieś


 Malowana chata
W kolorowych kwiatach
Strojna niczym tęcza
Piękno ludu zwieńcza!

Kto ujrzy Zalipie
Zachwycony chlipie
Wieś jak malowanie
Na wieki zostanie!

Autor: Regina Nachacz
Rys. Martynka Rzeźwicka, lat 6