środa, 3 grudnia 2014

Ceramiczna kanapa


CERAMICZNA KANAPA
W rynku, koło wodnej fontanny,
Ustawiono kanapę z ceramiki.
Jest jak kamień węgielny
I nośnik nowej epoki!

Stoi, a miejsc ma cztery.
Siadasz i zachód słońca podziwiasz
W kolorach mgiełki z fontanny
I pełnię zadowolenia odczuwasz.

Stoi, a każdemu chwilę chce przeznaczyć
Zmęczonej spacerkiem rodzinie,
Dzieci i seniorów odpoczynkiem darzyć,
I każdemu ulżyć w trudnej godzinie.

Stoi, a zegar ratuszowy czas wyznacza
Dla siedzących, że mija kwadrans!
Popatrz, jak fontanna wody przetacza,
I jak szybko kanapowy mija czas!

Rano, od strony Małej Bazyliki
Wschodzące oświetla ją słońce
I echo unosi nad nią dzwonów dźwięki,
Więc stoi piękna w fioletowo-białej ozdobie!

Gdy ceramiczne otoczy ją święto,
Wtedy kolorowe jej szaty, złota nić oplecie
I wszyscy podziwiać ją będą
A każdy na niej siedzieć zechce.

Wieczorem, gdy księżyc zakryją chmury,
Z lamp, światło pada na nią z góry,
Zakochane pary na niej siadają
I wzajemną miłość sobie wyznają.

Zaś kanapa ceramiczną historią się otacza

I z nią dumna w kolejny rok wkracza.
A że, od pradziada wzięty przykład doskonały,
Więc stoi na rynku, dla ceramiki chwały!

Przechodniu, usiądź na niej choć chwilę,
Dziś, a jutro wspominać będziesz  to mile.
A jeśli pamiątkowe zrobisz zdjęcie,

To siedem lat będziesz mieć szczęście!










autor: Zbigniew Kaźmierski

wtorek, 2 grudnia 2014

Pokuta zadana na całe życie


Był czerwiec, zbliżał się koniec roku szkolnego. Wielu uczniów było zagrożonych pozostaniem na drugi rok w te samej klasie.To był rok 1951, klasa czwarta. Pani przepytywała, aby poprawić oceny. Na jednej z lekcji pyta zagrożonego kolegę, a on nic a nic nie umie. Więc mu podpowiadam - a byłam w tym dobra. 


Chodziłam do małej szkoły podstawowej na wsi, w której boisko szkolne - tylko przez drogę -  graniczyło z dużym cmentarzem niemieckim. Często na przerwach, siadaliśmy pod murami cmentarza i jedliśmy kanapki, albo na cmentarzu toczyliśmy wojnę. Dziewczyny kontra chłopcy - zakładaliśmy niemieckie hełmy na głowę - a było ich tam dużo - i kamienie szły w ruch.




Pani zauważyła, mówi - Antek siadaj, masz tróję - a ty jak jesteś taka mądra to odpowiadaj. Zadaje mi jedno, drugie, trzecie pytanie, odpowiedziałam. 

Widzę, ze wiesz wszystko, to powiedz mi, na którą stronę czesze się Józef Cyrankiewicz. (kiedyś portrety prominentów państwa wisiały na ścianie w szkole).

O..o..nie wiem
 - Dwója, siadaj.

Łzy napłynęły mi do oczu. Pierwsza dwója od początku nauki w szkole, jak powiem w domu rodzicom. Byłam bardzo dobrą uczennicą. Koniec lekcji, wszyscy się rozeszli. 

Zostałam ja i dwóch kolegów.

O o o - myślę - ja ci pokażę, jaką miał fryzurę. 


Poszliśmy na cmentarz. Zerwałam kolec z głogu, nakłuliśmy palce do krwi, wymieszali krew i złożyliśmy przysięgę dotrzymać tajemnicy. Kto zdradzi, ten zaraz umrze. Jeden kolega był wysoki, wziął mnie za ręce i wpuścił do grobowca, grobowiec był otwarty. Podałam mu czaszkę i dwie kości. Zanieśliśmy do szkoły i ukryli w szopce, między papierami i poszliśmy do domu. 

Na drugi dzień, podczas długiej przerwy, wszyscy wyszli z klasy, a my do dzieła. Koledzy stali na czatach, a ja przyniosłam do klasy czaszkę i ustawiłam na stoliku Pani. Potem jak gdyby nigdy nic pobiegłam na podwórko grać w klasy . 

Koniec przerwy - wchodzę do klasy, Pani już jest. Jak to zobaczyła, narobiła krzyku. 

ALARM - wzywa Dyrektora, wszystkich nauczycieli. Dyrektor zrobił nam zbiórkę na korytarzu.
- Kto to zrobił? Wystąp.

Nie ma winnego. Rozkaz, jak tu stoicie, wszyscy do domu po rodziców. Przyszłam do domu, mama zdziwiona. Mówię, tato musi przyjśc do szkoły, jak nie przyjdzie to nie przejdę do następnej klasy. Ojciec zostawił swoje zajęcia, idziemy. Przychodzimy, jest już paru rodziców. Dyrektor przedstawia rodzicom co się wydarzyło. Nie ma winnego. Po naradzie postanowili, odnieśc kości tam gdzie były. Jesteśmy na cmentarzu, dyrektor pyta, kto wie gdzie te kości były, ja pokazuję. Antek wskoczył do grobu , ja pokazuję w który miejscu stała czaszka. Koniec. Rodzice pozasuwali płyty, przykryli grobowce. Całej klasie obniżono ocenę ze sprawowania.

Idziemy do domu. Tato wziął mnie za rękę. Pyta - może wiesz kto to zrobił? Ty jesteś dobrym dzieckiem, tego byś nie zrobiła. 
- Nie wiem. 

Tłumaczy mi, jakie to jest zło, jaki ciężki grzech. Cmentarz jest miejscem świętym.
- Ty jesteś dobrym dzieckiem - powtarza - tego byś nie zrobiła, ale może wiesz czyja to robota.
- Nie wiem. 

Przychodzimy do domu. Mama pyta co się stało.Tato w skrócie opowiedział co i jak. Mama jak zaczęła krzyczeć - takiemu bachorowi to ręce poobcinać! 

Ojciec spojrzał na mamę, mówi: Helena molim te szuti - w domu rozmawiali po jugosłowiańsku. Spojrzeli na siebie, oczami pomrugali, cisza. Zjedliśmy obiad, każdy poszedł do swych zajęć. 

Wieczorem po kolacji Tato pyta; 

- I co dalej nie wiesz, kto to zrobił? Stało się coś strasznego, ktoś musi ponieść za to pokutę. Nie ma winnego, wiec myślę, ty będziesz codziennie wieczorem, w obecności dorosłych, klękać tu w kuchni i odmawiać oprócz wieczornej modlitwy, dodatkowo Ojcze nasz, Zdrowaś Mario, Wieczne odpoczywanie - za tego zmarłego.

- Przez cały rok - dodał po chwili namysłu - ale to nie koniec, każdego roku na Wszystkich Świętych, do czasu aż się znajdzie winny, będziesz zapalać świecę na tym grobie. 

Wystraszona zgodziłam się. 

- A teraz klękaj do modlitwy. 

Jest niedziela, idziemy do kościoła, ksiądz już wie co się stało. Odprawia mszę, za tego zmarłego, którego naruszono kości. Na kazaniu miesza nas z ziemią, krzyczy. Winnego nie ma. 
Ojciec bardzo mnie pilnował, czy odmawiam zadaną pokutę, potrafił ze snu obudzić, kazał klękać i modlić się. A na dzień Wszystkich Świętych sprawdzał czy zapaliłam świeczkę, którą miałam kupić za swoje pieniądze. 

I tak trwało to przez całe lata. Już byłam babcią. Ojciec ciężko zachorował. Jest w klinice po przeszczepie rozrusznika serca. Pojechałam do niego. Na tym oddziale odwiedzin nie ma, ale jakoś udało się - wpuścili mnie. Wchodzę, po powitaniu tato mówi - jak dobrze, że jesteś. Mam ci coś ważnego do powiedzenia. 
Słucham, cisza. 
- Ja wiem, kto tę czaszkę przyniósł do szkoły, pamiętasz? 
Tak pamiętam. Zaskoczona pytam:  kto Ci powiedział?.
- Ty.
- Jak to ja? Ja nikomu nic nie mówiłam.
- Tak ty. Pamiętasz, jak staliśmy na cmentarzu? Dyrektor zapytał, który to był grobowiec. A ty wskazałaś - jak Antek wszedł do grobowca - aby ułożyć kości. Ty pokazywałaś jak były ułożone przed wyjęciem. Byłem pewny, że w tym uczestniczyłaś.

- Powiedz mi, kto ci w tym pomagał? Sama tego nie dała byś rady zrobić.

- Felek syn sąsiada, starszy o 5 lat i Antek, któremu podpowiadałam.

Opowiedziałam ojcu, co było powodem podjęcia tak okrutnej decyzji. Ojciec wziął mnie za rękę ucałował.

- Zrobiłaś coś strasznego, czasu nie cofniemy, tego nie da się wymazać. Ale dumny jestem z tego, że potrafiłaś dochować tajemnicy. 

Nie wiem czy powiedział o tym mamie, czy zabrał tajemnicę do grobu. Mama nigdy o tym nie wspominała. 


znicz mrugaj,acy.gif


I tak dzisiaj, wróciłam z cmentarza, postanowiłam dokonać spowiedzi, ujawnić moją tajemnicę. Koledzy już nie żyją. A krzyż pokutny będę dźwigać dalej i pod krzyżem, każdego roku, zapalać światełko pamięci.

Janina Korol

sobota, 29 listopada 2014

Międzynarodowe zawody pływackie Katowice 2014


Dzwoni budzik, za oknem jeszcze ciemna noc, zapalam światło godz.4. Siostra też już wybudzona ze snu. Koniec spania, musimy działać szybko według planu. Zaglądam w zapakowany bagaż, strój jest, ręczniki są, okulary są, klapki basenowe są, to najważniejsze. Kanapki na drogę zrobione wieczorem, wystarczy tylko wyjąć z lodówki. Byle nie zapomnieć ich zabrać. Łyk gorącej herbaty, pospieszne ubieranie i w drogę.

Zimne powietrze wybudza nas już kompletnie, ulica pusta, idziemy dość szybko na miejsce spotkania. Grupa już na nas czekała, wsiadamy do busa. Wyjazd godz.5 do Katowic na Zimowe Otwarte Mistrzostwa Polski w Pływaniu Kategorii Masters.

Nasza grupa liczy 7 zawodników. Może i mało, zważywszy na fakt, że do Katowic przyjechało 587 zawodników z 102 klubów sportowych. Reprezentanci z 8 krajów.



Dobry humor nas jednak nie opuszczał a droga minęła szybko. Na miejscu pobraliśmy identyfikatory oraz koszulki, napoje izotoniczne. Udaliśmy się na halę basenową, żeby zorganizować dobre miejsce dla naszej grupy. Zawodników przybywało, galeria się zapełniała. Co chwilę rozpoznawaliśmy znajome twarze. Powitaniom, pocałunkom i przytulaniom nie było końca. Z niektórymi osobami, z różnych miast Polski, spotykamy się prawie na każdych zawodach.


Do koleżanki z Gdyni powiedziałam nawet, że „spotykam się częściej z wami niż z rodziną” a ona na to, że „przecież my jesteśmy taką rodziną pływacką”. Coś w tym jednak jest...

W sobotę było uroczyste otwarcie,wciągnięcie flagi na maszt hymn państwowy. defilada po 2 reprezentantów z każdego klubu, szpaler sędziów. Bardzo lubię te chwile, też się czuję sportowcem, nie myślę o latach, w każdym wieku można nim być i się realizować.



W sobotę czekał nas jeszcze wieczorek integracyjny, zastanawiałam się jak to przeżyje razem z siostrą. Towarzystwo bardzo wesołe kawały, śmiech, do tego żołądkowa gorzka sprawiły, że nie odczuwało się dużego zmęczenia, czas zleciał bardzo szybko.



Kładąc się spać, otworzyłam na cała szerokość okno i mówię do siostry”chwile się dotlenimy to szybko zaśniemy” nie pomyślałam tylko o jednym, że możemy szybciej zasnąć niż się dotlenimy. Siostra w nocy obudziła się zmarznięta. Okno otwarte na całą szerokość spowodowało, że w pokoju było jak w lodówce. Na szczęście jesteśmy zahartowane, nawet katar nas nie dopadł !!!


W niedzielę o godz 8 rozgrzewka, ostatni start o godz 10 i właściwie zawody już miałam zakończone. Obiad na stołówce studenckiej, pożegnanie się ze znajomymi. Uścisków i pocałunków znowu nie było końca.


Trzy dni zawodów minęły jak z bicza strzelił. Miałam 6 startów. Liczyłam na dwa medale, ale niespodziewanie zdobyłam 3. I to trzy srebrne !!!! Płynęłam 100 zmiennym, 50 motylkiem i 100 kraulem.


Moja siostra w starszej kategorii zdobyła też trzy medale, tylko o innym kolorze :) Trzy brązowe. Muszę przyznać, że na 200 żabką ona była lepsza ode mnie o 48 setnych sekundy! W stylu żabka mało kiedy ją pokonałam.

Każdy z pływaków ma swój ulubiony styl, który mu leży. Moim jest motyl, córka mówi że płynę jak delfin i foczka jednocześnie. 

Z medali bardzo się cieszymy, ale najistotniejszy jest czas, który osiągamy. Największy sukces jest wtedy gdy poprawiamy czas, z zwodów na zawody.

Szybko wyjechaliśmy do domu, każdy chciał zdążyć na wybory. W busie zmęczenie już dało się we znaki. Większość z nas po prostu zasnęła. Nareszcie w domu! Rozwieszam mokre stroje, ręczniki i mówię do siostry: ”dzisiaj to już na wodę patrzeć nie mogę, chyba nawet zębów nie umyję”. Ale tak po cichutku się zastanawiam, kiedy znowu wyruszę na następne zawody ….
autor: Zdzisława Pachom

wtorek, 28 października 2014

Zabrany rok mego życia


Polecenie wydane cichym głosem - proszę się ubrać. 
- I ma tu pani skierowanie do szpitala w celu pobrania próbek do badania. Proszę, to może po świętach.

Pani doktor odwróciła się do mnie tyłem i po zastanowieniu, głośnym głosem rzekła, nie - już jutro. Pomyślałam,więcej już tu nie przyjdę.

Jestem już w poczekalni. Doktor wychodzi do mnie - jutro o godzinie 7:30 mam się zglosić na oddziale ginekologicznym u Pani ordynator.

Tak zrobiłam,wyznaczono mi termin na wtorek. To było 13 grudnia. Zgłosiłam się. Pobrano mi materiał do badania.Wyniki mają być przysłane w terminie około miesiąca. Już 23 grudnia otrzymuję telefon ze szpitala - z poleceniem aby zgłosić się u Pani ordynator. 


Przychodzę. W gabinecie jest trzech lekarzy - tak litościwie na mnie spoglądają. Pani ordynator mówi - są wyniki, rak złośliwy trzeciego stopnia. Daje mi skierowanie do kliniki na oddział onkologii. Nogi mi się ugięły. 

Wracam do domu, Jutro Wigilia - przyjadą goście - co mam robić? Dzwonię do syna, który jest lekarzem, a mieszka w Sobótce.

- Marek, mam raka trzonu macicy

- Mamuś, co ty mówisz, powtórz

Powtarzam, rozmowa się urywa. Próbuję się połączyc na nowo. Syn nie odbiera.

Myślę - Wigilię zrobię. Nic nie będę gościom mówić o swojej chorobie.

Po paru godzinach syn dzwoni.

- W pierwszy dzień po świętach masz się zgłosić w klinice. W celu ustalenia terminu operacji.

Nastała wigilia, wszystko jest jak zawsze. Nikomu nie mówię co się ze mną dzieje. Jest spokój do momentu dzielenia się opłatkiem. Nie wytrzymałam. Łzy napłynęły do oczu. Może to moja ostatnia wigilia. 

Zjedliśmy kolację. O północy poszliśmy na pasterkę. Po powrocie nikt się nie kładzie spać. Siedzimy do rana, kolędujemy ze łzami w gardle. W drugi dzień świąt wszyscy się rozjechali, a ja się szykuję do szpitala. Rano po świętach jestem w klinice, termin operacji wyznaczono na trzeciego stycznia.Wracam do domu.

Drugiego stycznia zgłaszam się na oddział. Personel szpitalny przygotowuje mnie do operacji, która ma się odbyć następnego ranka. 

Wcześnie, przed siódmą wywożą mnie z sali. Pod drzwiami stoi wnuczka. Jest blada,wystraszona - chyba nawet bardziej niż ja. Odprowadza mnie pod blok operacyjny. Mówi, że zaczeka na mój powrót. Gdy wróciłam na oddział, wpuszczają ją na salę. Zakłada mi na szyję medalik anioła stróża. 

- Babciu nie ściągaj go, niech cię strzeże.

Po siedmiu dniach wypisano mnie ze szpitala do domu.Wyznaczono termin radioterapii, chemii, brachyterapii. Mam się zgłosić 6 lutego.W przeddzień wyjazdu na terapię dostaję zaburzenia błędnika. Nie mogę utrzymać równowagi, wymiotuję. Wezwany lekarz przychodzi do domu. Daje zastrzyk - tabletki nie przyjmę - zwymiotuję. Dopiero po dwóch dniach mogłam zażyć lekarstwo doustnie. 



Z tygodniowym opóźnieniem jadę na radioterapię. Wiezie mnie syn.
- Mamuś w dniu w którym miałaś operację urodziła ci się prawnuczka,odwiedzimy ją.

Idę do prawnuczki trzymam się kurczowo syna, mam jeszcze kłopoty z utrzymaniem równowagi. Zachodzimy na miejsce. Wnuczka mówi - babciu weź małą na ręce, przytul.

Boję się, że mogę wypuścić maleństwo z ręki. Siadam. Wnuczka podaje mi dziecko. Tulę do siebie to maleństwo. Jest taka mała, ważyła 1800 gram jak się urodziła, a ma dopiero miesiąc. Włoski rude, śliczna.

Koniec pieszczot - jadę do kliniki. Po przyjeździe - jeszcze nie weszłam do swej sali - a tu zaraz badania - tomografia, rysowanie na brzuchu punktów do naświetlania. Doktor podprowadza mnie pod bunkier, w którym mam mieć pierwszą radioterapię. Czekam na wezwanie. Wchodzę, a tam dużo jakiś aparatów. Lęk mnie ogarnął, ale posłusznie się kładę. Zaczyna się naświetlanie. W pomieszczeniu jestem tylko ja - sam na sam z tą machiną. Po naświetleniu nie mogę się podnieść. To błędnik znów dał znać o sobie. 

Zaprowadzono mnie do sali. Położyłam się, dostałam jakiś zastrzyk.
Rano czuję się trochę lepiej. Trzeba iść na drugi zabieg. Koleżanka z sali pomogła mi. I tak przez pięć dni. Mija jeden cykl - ma ich być co najmniej siedem. Jadę do domu na przepustkę, a po dwóch dniach wracam i zaczynam nowy cykl zabiegów.

Stan zdrowia zamiast poprawić - pogarsza się. Wymiotuję i mam biegunki. Poziom potasu spadł. Dostaję dwa razy w tygodniu po dwie butle w kroplówce, płytki spadają. Mija drugi cykl - przepustka. Podczas trzeciego cyklu - na Dzień Kobiet urządzono nam sesję terapeutyczną. Kto miał siłę - to uczestniczył.Na dużej auli ustawiono długi stół nakryty białym obrusem. Na nim ustawione wzdłuż, palące się, małe świeczki - jedna obok drugiej. Jest też kawa i ciasto. Okna zasłonięte, z głośnika leci cichutko lekka nastrojowa muzyka. Przy wejściu każda z nas otrzymała kwiat. Po wstępnym powitaniu przez panią psycholog i terapeutkę, za proponowano nam półgodzinną sesję. Kto nie czuł się dobrze wyszedł. Bo w czasie sesji musi być spokój. 



Opiszę krótko jak to przebiegało. Zamykam oczy i przenoszę się w świat dziecięcy. Biegam boso po mokrej łące. Słońce świeci, jest wesoło, ptaki śpiewają. Nagle - opada mgła. Przytłacza mnie, nic nie widzę. Jest bardzo ciężko. Mgła opada, staje się coraz ciemniejsza, sięga kostek. Próbuję przed nią uciec, ale nie mogę. Nagle - w oddali widzę światełko - jakby w tunelu. Idę w tym kierunku. Idę,a tam potężne skały. Nie można przez nie przejść. Próbuję, wchodzę w otwór. Zaklinowałam się - ani do przodu, ani do tyłu. Duszę się. Nie odpuszczam, mocuję się. Wreszcie mi się udało - jestem na drugiej stronie. Podziwiam widok. Za skałą stoi piękny ukwiecony zamek. Świeci słońce, uśmiecha się do mnie, jest mi lżej. I tak z moją chorobą. Jest mi ciężko, ale będzie lepiej. Wracam na oddział podbudowana psychicznie. Po następnej chemii pesymizm powraca. 

Koniec czwartego cyklu - czwarta przepustka - jestem w domu. Szybko koniec wolnego - czas wracać na oddział. U mnie nastąpiła blokada. Nie chcę wracać na oddział. Usiadłam, rozpłakałam się. Jestem coraz słabsza - wymiotuję, męczą mnie biegunki, nie mogę jeść, muszę przestrzegac diety. Jak to jest? Byłam silna,nic mnie nie bolało,a teraz czuję się coraz gorzej. 

Do pokoju wchodzi mąż.

- Dlaczego płaczesz?

Nie odzywam się.

Wychodzi. Ponownie wraca, czegoś szuka w pokoju. Akurat ma najwięcej spraw do załatwienia. Wychodzi. Słyszę, że dzwoni do syna - rozmawiają o mnie. 
- O nie, już nie będą decydować o mnie - pomyślałam. 

Wstałam. Pakuję do torby piżamy, ręczniki. Ubieram się. Mąż wyprowadza z garażu auto. Bierze moją torbę, wynosi do wozu - wsiadam. Wszystko odbywa się bez słowa. Ruszamy.

Odwieź mnie na dworzec - proszę - jadę pociągiem. 

Nie stawia oporu, wiezie. Czekam na pociąg około 20 minut. Wsadza mnie do wagonu. Proszę aby mnie w szpitalu nie odwiedzał. Na przepustkę już do domu nie przyjadę. Pociąg rusza - jadę. Mam żal do całego świata. Kłócę się z Bogiem. Dlaczego tak się dzieje? Jestem czwartą osobą z rodziny w linii prostej - chora na raka. Brat w wieku 35 lat zmarł, mama zmarła, młodszy brat jest 3 lata jest po operacji i chemii. A teraz ja. 

Tak rozmyślam,w duchu. Płaczę. Jest już Wrocław, wysiadam z pociagu. Przede mną stoi moja wnuczka. Kończy przez telefon rozmowę - “Mam babcię, wysiada z pociągu”. 

I tu mnie znależli. Podchodzi. 

Babciu, dziadziu bardzo się martwi - odwiozę cię do szpitala.

Zresztą, ona była u mnie codziennie w szpitalu.

Rozpoczyna sie piąty cykl. Zaczynają mi sinieć usta, paznokcie przyjęły barwę fioletu. Badania: wyniki złe - potrzebna krew. Jestem coraz słabsza, zrezygnowana z życia. Podłączają mi krew,wchodzi wnuczka. Jak zobaczyła co się dzieje, narobiła płaczu, krzyku. Dlaczego? - to moja babcia!

Wyprowadzono ją. Po niedługim czasie przychodzi ksiądz. Mówi - chcę ci udzielić ostatniego namaszczenia, Jak to powiedział, odwróciłam się do niego plecami.

- Ja chcę żyć, nie umierać - powiedziałam.

Usiadł, coś pomruczał, wyszedł. 

Tak leżę i myślę - może to czas już na mnie? W tygodniu w którym miałam operację, urodziła się prawnuczka - trzeba zrobić miejsce dla nowo narodzonej. 

Po dwóch dniach odwiedził mnie ponowie ksiądz. Pogodziłam się z Bogim, przyjęłam święte namaszczenia,i myślę - co ma być, niech będzie. Jeszcze mam tylko 10 naświetleń, na przepustkę nie jadę. 

W szóstym tygodniu pobytu w szpitalu wymioty ustapiły. Jest mi lżej. Przyjeżdża do mnie wnuk z rodzicami, aby zaprośic mnie na pierwsza komunię świętą. Ma się odbyć w pierwszą niedzielę maja. Chciałabym tam być Takie mam marzenie - może się uda. Wnuk opowiada mi jaki ma problem - ma 8 lat, ma narzeczoną, chciałby się teraz ożenić i mieć dwójkę dzieci. Najlepiej bliźniaki i już to miałby z głowy. Pytam czy rodzice widzieli narzeczoną. Powiada tak - tacie bardzo się spodobała, bo ma warkocze jak ogonki myszy. A mama mówi, aby zaczekać, rozejrzeć się - może są ładniejsze dziewczyny. Pożegnali się, wychodzą. Od drzwi wnuk wraca. 

- Babciu jak ty łapałaś te raki, że jeden się ciebie uczepił. 

Syn wziął go na bok i wytłumaczył, że to taka choroba. To tylko potocznie mówi się, że złapała raka. Nie wiem czy to go przekonało,

W kwietniu wróciłam ze szpitala do domu. Wrak - w ciagu dwóch miesięcy schudłam 13kg. Słabiusieńka, twarz pomarszczona - z wyglądu starsza o 10 lat - ale szczęśliwa

Trzeba się szykować na komunię - mam trzy tygodnie. Dużo wypoczywam, spaceruję po swym ogrodzie - tyle na ile pozwolą mi siły. Mam zakaz przebywania wśród ludzi, aby nie złapać infekcji - mam poparzone jelita,dostałam odczynnik po promienny. W ciepłe dni leżę na huśtawce w swym ogrodzie. Dużo śpię.

Jest maj, jadę na komunię. W kościele jestem pół godziny przed ceremonią,ćaby uśiąśc. Czekam. Idą dzieci - piękne i uśmiechnięte. Wszystkie są ubrane w białe alby.Z radości serce ściska. Udało się. Jestem tu. Obecna.Mogę zobaczyć wnuka w tak ważnym dla niego momencie. Po zakończeniu ceremonii wszyscy opuszczają koścół. Jest prawie pusto. Ja muszę zmobilizować siły, aby wstać i wyjść. Zauważył mnie wnuk, przybiegł - za nim jego rodzice.


- Babciu jesteś wielka - uśmiechy, obustronna radość. 

Wychodzimy. Pod kościołem stoi grupka zaproszonych na komunię gości. O dziwo, nie podchodzą do dziecka, a do mnie. Ściskają, witają, spoglądają ze współczuciem. Jedziemy na obiad. Stół suto zastawiony - to nie dla mnie. Zjadłam trochę rosołu, kawałek gotowanej piersi z kurczaka - i to wszystko. Po godzinie jestem bardzo zmęczona, wracam do domu. Zmęczona, ale szczęśliwa. Udało się. 

Po 6 tygodniach jadę do kliniki do pierwszej kontroli. Robią mi badania, wyniki są rokujące optymistycznie. Nadal ścisła dieta. Wymioty ustąpiły, biegunki z coraz mniejszą częstotliwością. Czuję poprawę. Mam nadal zakaz spotykania się z ludźmi, mogę kontaktować się jedynie telefonicznie. Jestem silniejsza.

Po dwóch miesiącach od wyjścia z kliniki otrzymuję telefon od Pani doktor. Tej, która prowadziła mnie w szpitalu. Byłam bardzo zaskoczona. Nby pyta mnie o numer telefonu stażystki, która miała praktykę lekarską na tym oddziale. Po chwili luźnej rozmowy, mówi wprost, chcę wiedzieć jak się pani czuje.

- Jestem bardzo ciekawa - dopytuje się

- Już lepiej - odpowiadam. 

Słyszę w jej głosie radość. Udziela mi wskazówek, co mam dalej robić. Najważniejsze, nie przebywać w towarzystwie obcych osób, aby nie złapać infekcji, - i - , nadal ścisła dieta. Dużo odpoczywać. Przyrzekłam przestrzegać zaleceń.

Przez całe lato nikt do mnie nie przychodził, ani ja nigdzie nie bywałam. Całym moim światem był mój ogród. Jesienią odważyłam się na spacer bocznymi ulicami miasta. Jestem coraz silniejsza. 

Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Zjeżdżają się goście. Jest jak dawniej - wesoło. Ale na pasterkę nie idę, nie mam siły. 

Minął rok od radioterapii. Robią mi wszelakie badania - łącznie z tomografią jamy brzusznej, głowy, prześwietleniem klatki piersiowej. Wyniki dobre. 

CHYBA UDAŁO SIĘ.

Spotykam się z ludźmi, pracuję w swoim ogrodzie. Cieszę się życiem. Dziękuję Bogu,l ekarzom i wszystkim tym, co w tych trudnych chwilach ze mną byli. 

Proszę bardzo nie narzekajmy na lekarzy, warunki szpitalne, jedzenie. Lekarze cieszą się z nami sukcesem, przeżywają nie powodzenia.

Człowiek naprawdę chory pragnie jedynie pomocy medycznej. Nieważne że szafka stara, jedzenie nie takie jak w domu. Lekarze naprawdę robią wszystko, aby nam pomoc. Personel pomocniczy ma naprawdę pełne ręce roboty, aby utrzymać ład i porządek w łazienkach, toaletach. Nie zawsze zdążyło się do toalety. Bywało że ściągało się z siebie brudną piżamę, i wyrzucało do kosza. Mycie wodą nie wchodziło w grę - nastąpiłoby poparzenie, tak jakby się oblało wrzątkiem. I tak było po wyjściu że szpitala przez dwa miesiące. Dopiero po tak długim czasie od zakończenia terapii można było się wodą obmyć. Szły w ruch pianki do mycia i kilogramy ligniny.

Dzisiaj jestem,bardzo aktywna,wesoła.Mam dużo przyjaciół.Chyba jeszcze parę lat pożyję.
CHCĘ ŻYĆ
Janina Korol

wtorek, 29 lipca 2014

Miasto ruin i zgliszcz cz. 2


Bliskie sąsiedztwo Rynku - ul. 1 Maja - od strony Zacisza. Tych kamienic już nie ma, zastąpiły je domy z tzw. nowego budownictwa. Ciąg ulic i zbudowane przy nich budynki kompleksowo uporządkowały w sensie architektonicznym tę część miasta.





To ciągle fragmenty Rynku - trudne do rozpoznania, chociaż po pierwszych próbach uporządkowania przejść chodnikowych. Seria najstarszych fotografii.





Ulica Bolesława Prusa w roku 1947. Masowa akcja odgruzowywania przy wykorzystywaniu prymitywnych narzędzi /łopat/ i własnej tężyzny fizycznej setek ludzi zdolnych do olbrzymiego wysiłku, lokalnych patriotów, którzy związali z tym miastem swoje przyszłe losy.





Zrujnowane otoczenie tzw. kościoła ewangelickiego, dziś świątyni pod wezwaniem Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Gruz został już usunięty i wywieziony poza miasto, pozostały do rozbiórki resztki zrujnowanych kamienic.




 Nie szczędzili swoich sił młodzi ludzie, służbę społeczną traktując jak wielką życiową przygodę. Charakterystyczny krajobraz odgruzowywania Rynku i przyległych ulic z prowizoryczną kolejką szynową, po której jeździły górnicze wózki-koleby /wywrotki/ załadowane gruzem ze zburzonych kamienic.





Ten sam pomysł racjonalizatorski w innym ujęciu i z inną grupą mieszkańców uprzątających gruzowisko. Potwierdza się powiedzenie, że potrzeba jest matką wynalazków.




Także zaprzęg konny spełniał nieocenioną rolę w porządkowaniu miasta i wywozie gruzu.





Grupa młodzieży na wielkiej hałdzie kamiennego rumowiska. Tutaj pozuje do zbiorowej pamiątkowej fotografii, za chwilę przystąpi do pracy ponad siły, bez liczenia czasu i bez względu na zmęczenie. To spontanicznych zryw młodych na apel Ojczyzny.




A to inna grupa młodzieży i dorosłych zaangażowanych w czynie społecznym dla swojego miasta i Polski.





Wielki wkład w dzieło odgruzowania i porządkowania po wojnie Bolesławca wniosło Wojsko Polskie . Młodzi chłopcy w mundurach podejmowali się najtrudniejszych, a często też niebezpiecznych zadań. Zapisali w swoich biografiach piękne karty działań pro publico bono.





Żołnierze karabiny zamienili na łopaty. Ten rodzaj służby też zasługuje na szacunek i najwyższe uznanie. Dziś o ich trudzie zaświadczają nazwy niektórych ulic, np. Wojska Polskiego czy II Armii WP z kamiennym pomnikiem ku czci bohaterów wojennych.





Fotografia ilustruje masowy udział wojska w przywracaniu do życia naszego miasta.





Paradne mundury polowe, tradycyjne rogatywki i lśniące pastą buty, wiązanka kwiatów w dłoniach żołnierza - to już symbol naszej Polski na Ziemiach Odzyskanych w zrujnowanym, ale wracającym do życia Bolesławcu.




Puste oczodoły okien budynków, ale już sporo ludzi na ulicy z wojskowym na pierwszym planie. To już polskie miasto i polskie życie, preludium do patriotycznej uroczystości pod gołym niebem związanej z przyjazdem ważnych gości. Jakich? Niestety, tego faktu fotograf nie nazwał.




Gra orkiestra wojskowa, nastrój świąteczny. Tylko w tle straszą mury zniszczonych kamienic. Tak będzie jeszcze przez kilka lat.




A to już uroczystość w Rynku, na którą przybyli chyba prawie wszyscy mieszkańcy grodu nad Bobrem. Zrujnowane kamienice nie pozwalają zapomnieć koszmaru okrutnej wojny. A jednak odradza się uparcie nowe życie miasta. Polskie życie.

autor: Paweł Śliwko
zdjęcia ze zbiorów autora

piątek, 18 lipca 2014

Miasto ruin i zgliszcz w fotografii Alojzego Skorupy

Dziś trudno uwierzyć, że Bolesławiec to zupełnie nowe - niemal w całości - miasto, które zostało w swojej zabytkowej części pieczołowicie odrestaurowane i rozbudowane. Zachwyca każdego przybysza swoim niepowtarzalnym urokiem, kompleksowym uporządkowaniem architektonicznym i odtworzeniem terenów zielonych wg. historycznych wzorców. Swoją “drugą młodość” przeżywa po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej, co umożliwiło napływ i racjonalne wykorzystanie olbrzymich środków finansowych na rewitalizację istniejących obiektów i kolejne inwestycje.

W szkolnej kronice Szkoły Podstawowej Nr 8 /dziś Miejski Zespół Szkół Nr 3/ jako ówczesny dyrektor szkoły odnotowałem pod datą 26 czerwca 1986 roku fakt przekazania do muzealnych zbiorów Izby Pamięci kilkudziesięciu bezcennych fotografii wykonanych głównie przez jedynego w tym czasie w nadbobrzańskim grodzie fotografa Alojzego Skorupę. Ich unikatowa wartość wynika z faktu, że są autentycznym dokumentem ilustrującym stan rzeczy głównie z roku 1946 i kilku następnych lat. Wcześniej fotografował ruiny i uśpione życie miasta brat pana Alojzego, Rudolf, który wyjechał w głąb Polski, rezygnując z osiedlenia się na terenie niebezpiecznych wówczas Ziem Odzyskanych. Alojzy Skorupa został więc uniwersalnym kronikarzem faktów i zdarzeń, które pozwoliły miastu zasłynąć - nie tylko urodą, ale przede wszystkim wszechstronnym dorobkiem w skali ogólnokrajowej.
Dzieło odbudowy nadbobrzańskiego grodu trzeba było rozpoczynać od punktu zerowego. Dziś trudno uwierzyć, że historyczne kamieniczki Starówki doszczętnie strawił ogień.

Okrutne ślady wojny i dzieło szabrowników
Alojzy Skorupa był człowiekiem wyjątkowym i godnym najwyższego szacunku, bezinteresownym społecznikiem i życzliwym ludziom mecenasem. Swoje usługi nierzadko wykonywał bezpłatnie ze współczucia dla ludzkiej biedy i w odruchu humanitarnej solidarności. To był człowiek noszący serce na dłoni, cieszący się powszechnym szacunkiem i uznaniem. Moje szkoły - najpierw “Czwórka”, a potem “Ósemka” zawsze mogły liczyć na jego pomoc i tak było od początku naszej przyjaźni. Jemu zawdzięczały utrwalenie na taśmie fotograficznej najważniejszych epizodów w swoich dziejach, podobnie jak całe nasze miasto, które szczerze ukochał i stał się piewcą jego urody i kronikarzem dziejów. Dzięki swojej pasji i zaangażowaniu ocalił od zapomnienia historię grodu nad Bobrem.

Po moim odejściu na emeryturę zgromadzone w szkolnych muzeach skarby uległy rozproszeniu i zniszczeniu. To już strata bezpowrotna i nie chcę wracać do tej kwestii (zainteresowani znajdą uwagi na ten temat w blogu “Szkoła sercem malowana” http://pawelsliwko.blogspot.com/). Ocalenie resztek zbiorów muzealnych byłej “Ósemki” zawdzięczam zainteresowaniu i życzliwości pani Dyrektor Gimnazjum Samorządowego Nr 3 mgr Irenie Sikora Kołodyńskiej, która talent pedagoga łączy w sobie z walorami człowieka myślącego, dzięki czemu historyczne fotografie trafiły na krótko do mojej obróbki komputerowej z możliwością upowszechnienia wiedzy o powojennych dziejach miasta bez zafałszowań i pokusy upiększania rzeczywistości. Tak powstał ten fotoreportaż, który obnaża brutalną grozę skutków wojny i pokazuje patriotyzm czystej wody. Uzupełnieniem są oszczędne w słowach “wstawki”, w których nie silę się na oryginalność, za to cytuję kilka dosłownych wypowiedzi autentycznych pionierów, którzy byli w Bolesławcu pierwszymi osadnikami.

Ślady wojny i zbrodniczego zdziczenia
Zapisy pochodzą ze skromnego w objętości i szacie graficznej pierwszego w grodzie nad Bobrem turystycznego przewodnika zatytułowanego “Bolesławiec i okolice”, którego byłem głównym autorem. Krótki tekst na temat historii miasta opracował znany i zasłużony architekt Janusz Bachmiński, do mnie należał tekst reszty wydawnictwa w rozdziałach: “Dorobek XX-lecia”, “Spacerkiem po Bolesławcu”, “Dalsze wycieczki z Bolesławca”, “Nowogrodziec”’ “Gościszów”’ “Zamczysko na bazaltowym kopcu - Grodziec”, “W starym zamku i nad wodospadem w Kliczkowie”, “Bory Dolnośląskie”.

W składzie zespołu redakcyjnego znaleźli się : Janusz Bachmiński, Włodzimierz Kowalski, Jerzy Szymkowiak, Paweł Śliwko, Aleksander Widlarz, Henryk Wawrzynowicz. Rok wydania - 1965. Na zlecenie Prezydium Powiatowej Rady Narodowej, z fundacji Prezydium Miejskiej Rady Narodowej wydaje Zarząd Oddziału Polskiego Towarzystwa Turystyczno - Krajoznawczego w Bolesławcu. Zdjęcia - Alojzy Skorupa i Sergiusz Radziejewski, opracowanie graficzne - Mieczysław Żołądź (okładka zewnętrzna z linorytem przedstawiającym Ratusz Miejski i herb Bolesławca oraz rozkładana okładka z planem miasta i szkicem okolic Bolesławca w formie dwubarwnego linorytu).

Jeszcze jedno spojrzenie fotografa na bolesławiecki Rynek. To już stadium częściowego odgruzowania. Ruiny kamienic pozostały.

Pospolite ruszenie mieszkańców przy odgruzowywaniu miasta. Wszystko było wielką prowizorką, improwizacją, nikt nie liczył czasu pracy i rozmiarów wspólnego trudu. To był patriotyczny obowiązek. W gruzach wyrastały pierwsze prymitywne sklepy. Na fotografii widać szyld pierwszej polskiej galanterii.


Pesymiści nie wierzyli w powrót do normalności. Przewagę mieli na szczęście poobijani wojennymi doświadczeniami optymiści i to oni mieli rację. Bolesławiec wracał do życia i odradzał się jak symboliczny feniks z popiołu …


Młodzi i starzy pchają po szynach górnicze wózki wyładowane gruzem. W żołnierskim mundurze pcha wózek zdobywca Berlina, fryzjer z zawodu, Michał Bigosiński

Ciekawa i symboliczna niejako fotografia ; 
ocalały z pożogi wojennej Kościół 
Ocalały z pożogi wojennej Kościół /dziś Bazylika Mniejsza/, w którym pełnił swoją posługę nieodżałowanej pamięci wspaniały pasterz ksiądz prałat Władysław Rączka /na mój wniosek jako radnego wyróżniony zaszczytnym tytułem “Honorowy Obywatel Bolesławca”/ Zrujnowana kamienica u wylotu z ulicy Prusa na Rynek została odbudowana, nie ma natomiast dwóch budynków zamykających kompozycję urbanistyczną Rynku /m.in. mieścił się tu hotel i restauracja/. Do dzisiaj toczy się nierozstrzygnięty spór zwolenników i przeciwników powrotu do pierwotnego stanu zabudowy tej części placu.
Na zakończenie pierwszej części prezentacji przytoczę fragment wypowiedzi pierwszej polskiej nauczycielki w Bolesławcu - Stefanii Tajcher.
“Miasta właściwie nie było. Sczerniałe elewacje zdruzgotanych kamienic niczym ospa znaczyły wyrwy powstałe po karabinowych czy innych pociskach. Czarne oczodoły wypalonych okien wprowadzały nastrój grozy, stosy skręconego żelastwa i cegieł, kamieni, jakichś rupieci sięgały pierwszego piętra. Przejście przez ten chaos gruzu wymagało ekwilibrystycznych umiejętności. Ponure, wymarłe miasto wieczorem tonęło w egipskich ciemnościach. Brakowało gazu, światła, żywności”.
autor: Paweł Śliwko
zdjęcia z prywatnych zbiorów autora

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Logarska Dolina

Lubię zwiedzać świat i cieszyć się życiem. Jestem ciekawa wszystkiego co nowe i chociaż zdrowie nie dopisuje, to każda podróż jest dla mnie niezwykła. Wiedza o życiu i mieszkańcach innego kraju rozwija moją wyobraźnię. Podróże uczą otwartości na inne kultury, tolerancji, języka, poszerzają znacznie horyzonty. Wyjazd do rodziny najczęściej połączony jest z wypoczynkiem i zwiedzaniem, poznawaniem wielu ciekawych miejsc, co jest bardzo przyjemne.
Słowenia, jedno z najmniejszych państw naszego kontynentu, zwana także Europą w miniaturze, oczarowuje pięknymi krajobrazami. Logarska Dolina słynie jako jedna z najładniejszych dolin polodowcowych w Europie. Jest położona w Alpach Kamnicko-Sawińskich w północnej Słowenii i ciągnie się przeszło 7 km. Dostać się tam można dość wąską drogą z bardzo ostrymi zakrętami sięgającymi nieraz 180 stopni, o czym wcześniej nie wiedziałam. Z utęsknieniem wyczekiwałam kiedy to się skończy.
Dno doliny, którą wije się malowniczy szlak turystyczny, otoczone jest przez imponujące szczyty górskie(największy 2300 metrów n.p.m.) Na terenie doliny znajduje się wiele atrakcji przyrodniczych. Można tu spotkać liczne wodospady( ponad 40), polodowcowe skały, czy jaskinie. Dolina Logarska została objęta chronionym parkiem krajobrazowym. Za wjazd pobierana jest opłata. Jest to spokojna, piękna okolica z gospodarstwami agroturystycznymi, z wieloma atrakcjami dla turystyki pieszej, rowerowej czy jazdy konnej.
W górach jest tyle piękna, że trudno to zrozumieć. Gdy się przed nimi stanie, są takie cudowne, pełne dostojeństwa i powagi. Imponują wielkością i okazałością. Jestem świadoma ich żywotności, szumu wodospadów, różnych subtelnych odgłosów natury - szelestu liści na wietrze, spadających kropli deszczu, . W takim otoczeniu jesteśmy wyciszeni i potrafimy dostrzec rzeczy, które wcześniej się nie dostrzegało. Warto zwolnić, wszystko co nas otacza wyzwala wtedy zachwyt i jest niepojęte. Nie jesteśmy bowiem oddzieleni od natury.



autor: Genowefa Krzemińska

piątek, 27 czerwca 2014

Spływ kajakowy Szlakiem konwaliowym 14-15.06.2014



W pewien piękny, czerwcowy weekend nasza zwarta ekipa seniorów wybrała się na spływ kajakowy Szlakiem konwaliowym. Baza wypadowa  wyprawy była u „basenowej” koleżanki, która w Osłoninie ma domek letniskowy na jeziorem Wieleńskim.
Po wypiciu kawy i skonsumowaniu energetycznego ciasta grupa kajakowa w liczbie 20 osób (seniorów) udała się na przystań, gdzie czekały na nią wcześniej zamówione kajaki. Wyznaczoną na mapie trasę trener konsultował z panem,  który wypożyczał nam kajaki. Trasa  zaznaczona na mapie wynosiła 15 km.  Pan wypożyczający kajaki patrząc na trasę, z niedowierzaniem spojrzał na grupę, mając w oczach pytanie, czy aby na pewno, ta zwarta grupa poradzi sobie z takim przedsięwzięciem?  Nasz  trener śmiejąc się powiedział, że damy radę!  Pan jeszcze nie wie co potrafi ta grupa!
   
Pogoda była wspaniała, po krótkiej odprawie i pouczeń przez trenera każda para po kolei wypływała na jezioro.

Do pokonania mieliśmy jeziora: Wieleńskie, Trzytoniowe, Breńskie, Białe oraz jezioro Miałkie i Małe. Początek wyprawy był bardzo wesoły, każdy z zapałem wiosłował, podziwiał przepiękne widoki oglądał w pełni rozkwitu roślinność wodną: grążel żółty czy  białe jak śnieg nenufary. Jeziora połączone były kanałami gęsto porośniętymi trzciną. Niestety, z godziny na godzinę,  na podziwianie przyrody oraz widoków jakie mnie otaczały, nie miałam za wiele czasu,  z moją starszą koleżanka  musiałyśmy dość mocno wiosłować, żeby nie odłączyć się od grupy. Najtrudniej było nam utrzymać kajak we właściwym kierunku, czasami nie wiadomo dlaczego, ale zupełnie jakby nie chciał nas słuchać i płynął nie w tym kierunku, który obrałyśmy!
Ala jakoś dawałyśmy radę, płynąc przez kolejne jeziora. Ponoć poważne wyzwanie dla kajakarzy  stanowi Jez. Miałkie,  o czym dowiedziałam się dopiero po przepłynięciu przez to jezioro. Jest ono niezmiernie płytkie i w okresie letnim utrudnia posuwanie się do przodu. Dlatego nasz trener kazał płynąć wzdłuż jego prawego brzegu. Na tym jeziorze  nie czułam się  komfortowo, brzydki zapach odstraszał a zamiast wody - muł, który napawał lękiem.

Szlak prowadził przez jeziora i kanały. W drodze powrotnej już w ogóle nie zachwycałam się otaczającą przyrodą, kwiatami czy ptactwem wodnym. Jedynym moim  celem było  płynąć i dopłynąć! Na szczęście dobry humor nas nie opuszczał. Wpływając już na jezioro Wieleńskie,  zobaczyłyśmy przystań  i postanowiłyśmy jak najszybciej się na niej znaleźć. Zapragnęłyśmy w linii prostej pokonać ten odcinek drogi! I to był niestety nasz największy błąd. Spychało nas mocno na środek jeziora. Ledwo dawałyśmy radę. Reszta grupy, zgodnie ze wskazówkami trenera, płynęła brzegiem, drogę mieli dłuższą  ale  nie spychało ich z nadanego kierunku. Muszę powiedzieć, że trochę mnie strach obleciał, tym bardziej, że zrobiła się dość duża fala. Cała grupa czekała na mnie i moją towarzyszkę na brzegu, w końcu dopłynęłyśmy. Umęczone wyszłyśmy na przystań. Trener dolał oliwy do ognia stwierdzeniem, że  zmienił plany w trakcie pływania i dołożył jeszcze 5 km, bo świetnie dawaliśmy sobie radę! Nawet się nie odezwałam.


Na szczęście w Osłoninie czekała na nas kolacja. Zastanawiałam się czy widelec będę w stanie do ust podnieść. Gdy czoło mnie zaswędziało poprosiłam koleżankę, żeby mnie podrapała. Śmiechu był co niemiara. Umęczona, ale szczęśliwa. Na razie nie chcę słyszeć o następnym spływie kajakowym …






autor: Zdzisława Pachom

wtorek, 10 czerwca 2014

Damska suknia, a sprawa polska!



Sylwetka damy zmienia się wraz z biegiem czasu, stając się coraz bardziej rozbudowana w ramionach, przez ogromne rękawy wszyte bardzo nisko, co podkreślało spadziste ramiona. Takie rękawy, na które zużywano wiele metrów materiału, nazywano w tym czasie udźcami cielęcymi!
Żeby nie klapnęły, podpierano je całą masą fiszbinów w okolicach łokcia. Talia ściśnięta maksymalnie gorsetem, podkreślona była szerokim pasem z dużą ozdobną klamrą, ze srebra, a nawet złota. Spódnice krótsze, bo tylko do kostek, ukazywały niewieście nóżki z skórkowych pantofelkach na płaskim obcasie. Same spódnice bardzo szerokie, pod które wkładano kilka krochmalonych halek, często przybrane były szeroką falbaną. Szczególnie strojnie szyto suknie balowe. Jedna szczególnie piękna, po prostu mnie zachwyciła. Na mięsisty i lśniący różowy atłas, narzucono czarną delikatną koronkę. Rękawy bufki do połowy przykryte były szerokimi dwiema falbanami z koronki, schodzącymi w szpic do talii. Dół spódnicy składał się z trzech szerokich falban w koronki wycinanej w duże zęby.
Zmieniła się również fryzura damy. Włosy podczesywano do góry i splatano na czubku głowy w kok, zdobiony wstążkami i piórami. Niekiedy tworzono przy twarzy pęki krótkich loków, wplatając w nie wstęgi, pióra i kwiaty. Ponieważ szerokie rękawy uniemożliwiały włożenie płaszcza, moda nakazywała noszenie wielkich peleryn i tzw. burnusów z kapturami, bez rękawów, oraz szerokie szale kaszmirowe. Po raz pierwszy w damskiej modzie, pojawiła się bluzeczka, noszona razem ze spódnicą. Panie wychodząc na ulicę, obowiązkowo wkładały budki o wysokich główkach, a do strojnych letnich sukien szerokie pasterskie kapelusze, bogato dekorowane strusimi piórami, wstążkami i kwiatami. Wiedeń zasłynął wówczas z produkcji pięknych, lekkich tkanin bawełnianych, tkanych w barwne wzory.
Mężczyźni nosili wysokie cylindry, długie żakiety z wysokimi kołnierzami z aksamitu i koszule z krochmalonymi kołnierzykami zachodzącymi pod brodę. Spodnie były bardzo wąskie, buty z lakierowanymi noskami. Do tego koniecznie laska ze srebrną gałką. ( często kryjąca sztylet) Zarost golono, pozostawiając baki po obu stronach twarzy. W takim stroju chodził po Warszawie młodziutki pan Fryderyk Chopin i wtedy poznał pannę Konstancję Gładkowską ubraną w strojną toaletę. Pisał: ”ale i strój panny, biało , z różami na głowie, do twarzy prześlicznie dobrany!”
Moda z tej epoki nazywała się biedermeier. Obejmowała nie tylko ubiory, lecz również meble, dekorację salonów i przedmioty życia codziennego.
W pierwszej połowie XIX wieku, dominował błyskawiczny rozwój przemysłu maszynowego, produkowano coraz więcej różnych materiałów. Lata pięćdziesiąte wyróżniały się coraz szerszymi spódnicami, gdyż panie nie chciały zrezygnować z gorsetów i wąskiej talii. Zmieniło się uczesanie. Włosy rozdzielano przedziałkiem na środku głowy, gładko przyczesane zakrywały uszu. Warkocze upinano płasko, tworząc z tyłu głowy koszyczek lub węzeł.
Pod koniec lat pięćdziesiątych, młoda i piękna jak bogini, cesarzowa Francji Eugenia, małżonka cesarza Napoleona III, lubiąca przepych, wskrzesiła modę osiemnastowiecznych krynolin! Były to spódnice olbrzymich rozmiarów, atłasowe, białe, różowe lub w jasnych barwach pastelowych, całe naszywane drobnymi falbankami z tiulu i koronek. Z paryskiego dworu, krynoliny przyjęły się powszechnie na całym świecie, dzięki wynalazkowi tzw. stalówki, jakby klatki wykonanej z cienkich, lekkich taśm elastycznych, na które nakładano mnóstwo halek i spódnicę. Krynoliny rozpowszechniły się nie tylko wśród sfer bogatych, lecz i kobiet uboższych, nadawały bowiem nawet skromnej sukni pozory zamożności.
Staniki, jak zawsze bardzo obcisłe, przy codziennych sukienkach zapinane były z przodu stanika na drobne guziczki i wykończone małym kołnierzykiem.. Ale suknie balowe olśniewały przepychem. Duże dekolty obszywane były koronkowymi lub gazowymi bertami (falbanami) i odsłaniały całe ramiona i piersi, Przebogato zdobione haftami, falbanami, aplikacjami z koronek i tiulów, miały nieco wydłużone doły spódnic, w niewielkie treny. Krynolina skracała sylwetkę, wobec czego powróciły pantofelki na wysokim obcasie. Małe kapelusiki w chłodne dni, przybierano woalkami. W lecie noszono szerokie słomkowe pasterki z dużymi rondami przybranymi polnymi kwiatami. Pomimo niedogodności, były chyba najbardziej kobiece i malownicze stroje w dziejach kostiumologii.
W Polsce krynoliny były powszechnie noszone. Lecz tragiczne wypadki z lutego 1861 roku, kiedy to wojsko rosyjskie otworzyło ogień do manifestantów, zabijając pięciu demonstrantów, z każdej stery społecznej. Pogrzeb ofiar zamienił się w stu stutysięczną manifestację polskości, hołd oddawali nawet oficerowie rosyjscy. Wkrótce potem na Placu Zamkowym w Warszawie, doszło do masakry ludzi domagających się reform i wolności. Arcybiskup Fijałkowski, sprawujący w tym czasie rolę prymasa i głowy Kościoła polskiego, zarządził bezprecedensową na skalę światową, żałobę narodową! Kobiety polskie od służącej do księżny, schowały stroje karnawałowe, ubierając czarne krynoliny, wykończone niekiedy maleńkim białym kołnierzykiem i hebanowym krzyżem na piersi.. Złoto, klejnoty, polskie kobiety oddały na skarb narodowy. Zamiast kosztownej biżuterii, noszono krzyżyki z czarnej lawy i emblematy narodowe plecione z włosów lub czarno emaliowanego metalu. Takie krynoliny nosiły Polki przez cały czas Powstania Styczniowego i jeszcze długo potem, pomimo surowych zakazów władz carskich. Nigdy, w żadnym kraju nie noszono żałoby tak masowo, jak właśnie w Polsce. Wpłynęło to nawet na modę paryską, bowiem bardzo modne stały się tam ciemne suknie, nazywane sentymentalnie:”Łzy Polski”.
Krynoliny wyszły z użycia pod koniec lat sześćdziesiątych, wobec rozwoju komunikacji i rozbudowy miast, oraz wynalezienia maszyny do szycia, stając się anachronizmem. Koniec lat osiemdziesiątych cechują stroje z wielkimi turniurami, coraz bardziej obcisłe i do figury. Turniury stały się przedmiotem nieustannych kpin i dowcipów humorystycznych. Lekarze i higieniści występowali z odczytami, walcząc o projekty sukien zgodne z budową kobiety, tak zwane reformowane. Kobiety zaczęły odrzucać gorsety w początkach XX wieku.
Wybuch I wojny światowej w latach 1914 – 15 spowodował zasadniczy zwrot w kierunku nowej mody. Wiele kobiet zaczęło wtedy pracować zawodowo, zastępując walczących mężczyzn. W pracy ubiór musiał być wygodny i domy mody wzięły to pod uwagę Zdecydowanie już odrzucono gorsety, a stroje stały się krótsze, do pół łydki. Modne były żakiety i kostiumy zapinane pod szyję, oraz małe kapelusiki lub czapki. W Paryżu stroje kobiece upodabniały się do męskich: króciutka fryzurka, tak zwana garsonka, a do tego proste sukienki i płaszczyki sięgające tylko do kolan. Kapelusze miały głębokie dno i wyglądały jak garnki, zdobiono je kwiatami. Linia pasa sięgała bioder. Lata trzydzieste przyniosły jeszcze większą prostotę w modzie damskiej. W okresie międzywojennym zaznaczyły się trzy modne sylwetki: chłopczyca – lata dwudzieste. Smukła, wężowa sylwetka z lat 1936-38, oraz prosta sylwetka z krótką, szeroką spódnicą 1939- 46 r.
Tak oto kształtowała się przez wiele wieków moda na stroje kobiece, mająca wpływ na politykę i czasami na losy narodów. Na tym kończę mój cykl o modzie, pisany w niemałym trudzie ze względu na moje coraz bardziej chore oczy. Miłym czytelniczkom życzę, żeby zawsze miały w szafie modną kieckę. Panuje bowiem krzywdzące przekonanie, ”że każda kobieta ma dziecko geniusza, męża idiotę i nie ma się w co ubrać!”

Elżbieta Gizela Erban

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Reemigranci z Bośni - powrót do Ojczyzny


Kim są reemigranci z Bośni?
To potomkowie Polaków, którzy u schyłku XIX wieku wyjechali z kraju - za pracą, za ziemią i chlebem - do Bośni. A w roku 1946 przyjechali do Polski. Kiedy Polska była pod zaborami, nasi rodacy nie mogli dzierżawić ziemi. Bieda i głód były zjawiskiem nagminnym.

Austro-Węgry, które przejęły administrację nad Bośnią i Hercegowiną, po 1890 roku stworzyły możliwość wyjazdu ubogich rolników i robotników do Bośni. Oferowano im ziemię pod uprawę. Zwykle były to grunty zalesione. Jedna rodzina dostawała od 10 -12 ha lasów, który miała wykarczować i doprowadzić do użyteczności rolnej. Aby otrzymać ziemię, Polacy musieli zadeklarować, że w ciągu, pierwszych trzech lat postawią na niej dom mieszkalny i zabudowania gospodarskie. Będą karczować lasy i przemieniać oddaną im w posiadanie ziemię. Tylko jedna piąta połaci gruntu mogła pozostać jako las - na własny użytek. Na te warunki przystało około 15 tysięcy polskich rolników. Wśród nich byli moi dziadkowie. Osiedlili się oni w miejscowości Gumiera. Wszystkie miejsca jakie oferowano Polakom mogły być zasiedlone jedynie jako górski typ osad. Domy budowano z drewna i gliny. Zabudowania ciągnęły się w długich rzędach na pasmach górskich. Wskutek tego jedna wieś mogła mieć nieraz kilkanaście kilometrów długości.

Kiedy wybuchła II wojna światowa Polacy zaczęli być okrutnie prześladowani przez nacjonalistyczne organizacje zbrojne, głównie: serbskie (czetników) i chorwackie (ustaszy).. Broniąc rodzin i dobytku zginął co piąty Polak. Nasi rodacy zmuszani byli do walki zbrojnej i wcielani do oddziałów partyzantki komunistycznej. Były tworzone całe bataliony składające się z Polaków. Czynnikiem motywującym do udziału, było zapewnienie przedstawicieli władz jugosłowiańskich: ci którzy przeżyją, będą mogli po wojnie wrócić do Polski. 

I tak się stało. Na zjeździe polonijnym w lipcu 1945r.w Prnjaworze zdecydowano o powrocie do Polski. W styczniu 1946 r podpisano z rządem Jugosławii układ o przesiedleniu. Za miejsce osiedlenia wybrano Powiat Bolesławiecki. Powróciło około trzech tysięcy rodzin. W tej liczbie była moja własna.

Byłam wtedy mała, ale pamiętam jak dużymi samochodami ciężarowymi wieziono nas, ze skromnym dobytkiem, na dworzec kolejowy. Potem załadowano ludzi, zwierzęta i przedmioty, do wagonów towarowych. W jednym wagonie jechała cała rodzina: dziadkowie, rodzice, wujkowie. Wagony były podzielone na dwie części. Ludzie przebywali w części małej wagonu. W pozostałej jechały zwierzęta: krowy, konie, owce, świnie - wolno było mieć ze sobą po dwie sztuki na rodzinę. Było dużo siana i słomy, zboża. W czasie postojów pociągu ludzie przynosili wodę i poili zwierzęta.
Sprawy fizjologiczne odbywały się prymitywnie. Załatwiano się do wiadra i wylewano przez otwór zrobiony w podłodze wagonu. Ja bardzo cieszyłam się z tej podróży. Miałam okazję lepiej poznać swojego ojca. W czasie wojny nie było go w domu. Był w partyzantce. Pełnił funkcję komendanta jednej z kompanii. Wrócił dopiero po zakończeniu działań wojennych. Dużo opowiadał mi o wojnie, Polsce i innych sprawach. Uczył mnie śpiewać piosenki – do tej pory pamiętam ich fragmenty: 

Raduje się serce,

raduje się dusza,

Że nasza kompania,

do Polski wyrusza...

I tak dojechaliśmy do stacji końcowej - Bolesławiec. Wraz z dobytkiem opuściliśmy pociąg. Potem samochodami wojskowymi zawieziono naszą grupę do wsi Ocice. Pozostawiono nas na polu przy drodze, a ojcu przydzielili obowiązki komendanta grupy. Jednym z jego zadań miało być przydzielanie emigrantom poniemieckich domów. Sprawy okazały się skomplikowane, bo przed nami do Ocic przybyli już emigranci ze wschodu. Pozajmowali lepsze domy - niektórzy po dwa. Dla naszych z Jugosławii zabrakło. Więc ojciec z innymi mężczyznami, siłą odbierali mieszkania tym co mieli po dwa, i przekazywali potrzebującym. Niestety dla naszej rodziny już zabrakło. 

W tym właśnie czasie stało się coś strasznego. Ktoś doniósł do UB o rozporządzeniach ojca. Przyjechało dwóch ubowców, którzy zabrali ojca na posterunek. A my - bez domu pod gołym niebem. Inni widząc co się dzieje - jak stali, z tym co kto miał pod ręką: kosy, widły, łopaty - ruszyli na posterunek. Okrążyli budynek posterunku i wołali: oddajcie nam Piroga – tak nazywał się mój ojciec. Próbowano ich zbyć, ale nie dali się. Ubecy wystraszyli się, że ich podpalą i ojca wypuścili. Jako pięcioletnie dziecko bardzo to przeżyłam. Do dnia dzisiejszego przed oczami mam ten obraz - jak wracali do domu. Ojciec z przodu, wokół niego przyjaciele. Ze śpiewem na ustach. Jak „kosynierzy” ze słynnego obrazu. 

Od tego czasu we wsi powstały dwa nienawidzące się obozy: ci z Jugosławii i ci zza Buga. Ponieważ wciąż nie mieliśmy domu, to na noc zabrał nas do siebie dziadziu. Ale na drugi dzień mówi do ojca: Jasiu szukaj sobie domu, ja mam jeszcze inne dzieci - będzie nam ciasno. Było nam bardzo przykro, mama płakała i tuliła mnie i brata do siebie. Ojciec poszedł. Długo go nie było. Przyjechał samochodem z ruskimi żołnierzami. Zabrali nas i zawieźli do dużego majątku, tam było dużo żołnierzy. Wokoło majątku pozostały po przejściu frontu głębokie rowy – okopy. Tam bawiliśmy się w wojnę. W budynku mieszkalnym zaś były pozostałości z czasów przedwojennych - piękne meble, żyrandole. Oficerowie ruscy wszystko pozabierali i gdzieś wywieźli. 

Nie wszystko jednak było złe. Rosjanie dali nam do dyspozycji dwa pomieszczenia i tam zamieszkaliśmy. Żołnierze byli dla nas dobrzy. Karmili nas konserwami mięsnymi, wozili na przejażdżki samochodami. Pomagali też ojcu. W majątku było dużo zniszczonego sprzętu rolnego i wojskowego. Zmontowali duży ciągnik marki Lanz Bulldog. Odpalało się go przez nagrzanie lampą gruszy żarowej i kręciło się kołem zamachowym. Później zmontowali snopowiązałkę, młocarnię i inny sprzęt rolniczy. Konia dostaliśmy z Unry. Na krótko żyliśmy w miarę dostatnio. Nieco później - w latach 1950 - 56 rodzice nie mieli łatwego życia.
Zaczęto zakładać spółdzielnie produkcyjne. Próbowano zmusić rodziców do przystąpienia. Obronili się - nie przystąpili. Szykanowano ich, rozwieszano plakaty. Ojca ogłoszono kułakiem. Dzieci nie miały wstępu do szkoły średniej. „Zapiszesz się droga wolna, nie to nie”. 

W roku 1960 poznałam chłopca. Tu znowu powstał problem. Chłopak przyjechał w ramach nakazu pracy z Łeby. I co? Okazało się, że on jest zza Buga. Nie swój – znaczy się - wróg. W sprawie ślubu rodzice postawili veto. Nic z tego nie będzie. Na szczęście miałam wspaniałą babcię. Powiedziała nam: nie słuchajcie, co wam mówią rodzice, róbcie swoje. 

Z małżeństwem moich rodziców było inaczej. Mama taty prawie nie znała. Miała szesnaście lat, a ojciec był w wojsku. Był starszy od mamy o dziesięć lat. Rodzice ojca przyszli w swaty do rodziców mamy. Uzgodnili co, kto komu, i ile daje. Ustalili datę ślubu. I tak się pobrali. Wzięli ślub. Potem była wojna i ojciec poszedł w lasy do partyzantki. Spotykali się rzadko. Mama była łącznikiem. Woziła wiadomości dla partyzantów. 

Mój przyszły mąż wtedy powiedział - nie zwlekajmy, bierzmy ślub. I tak się stało. Trzy miesiące znajomości wystarczyło. Postawiliśmy na swoim. Odbyło się wesele na 250 osób. 

Jesteśmy już ze sobą 54 lata. Czy to nie było szaleństwo? Taka krótka znajomość, a w dodatku wbrew rodzinie. Ale udało nam się. Razem przeżyliśmy tyle lat. Mamy dwóch synów, pięcioro wnucząt, no i już jedną prawnuczkę.

Janina Korol