sobota, 29 listopada 2014

Międzynarodowe zawody pływackie Katowice 2014


Dzwoni budzik, za oknem jeszcze ciemna noc, zapalam światło godz.4. Siostra też już wybudzona ze snu. Koniec spania, musimy działać szybko według planu. Zaglądam w zapakowany bagaż, strój jest, ręczniki są, okulary są, klapki basenowe są, to najważniejsze. Kanapki na drogę zrobione wieczorem, wystarczy tylko wyjąć z lodówki. Byle nie zapomnieć ich zabrać. Łyk gorącej herbaty, pospieszne ubieranie i w drogę.

Zimne powietrze wybudza nas już kompletnie, ulica pusta, idziemy dość szybko na miejsce spotkania. Grupa już na nas czekała, wsiadamy do busa. Wyjazd godz.5 do Katowic na Zimowe Otwarte Mistrzostwa Polski w Pływaniu Kategorii Masters.

Nasza grupa liczy 7 zawodników. Może i mało, zważywszy na fakt, że do Katowic przyjechało 587 zawodników z 102 klubów sportowych. Reprezentanci z 8 krajów.



Dobry humor nas jednak nie opuszczał a droga minęła szybko. Na miejscu pobraliśmy identyfikatory oraz koszulki, napoje izotoniczne. Udaliśmy się na halę basenową, żeby zorganizować dobre miejsce dla naszej grupy. Zawodników przybywało, galeria się zapełniała. Co chwilę rozpoznawaliśmy znajome twarze. Powitaniom, pocałunkom i przytulaniom nie było końca. Z niektórymi osobami, z różnych miast Polski, spotykamy się prawie na każdych zawodach.


Do koleżanki z Gdyni powiedziałam nawet, że „spotykam się częściej z wami niż z rodziną” a ona na to, że „przecież my jesteśmy taką rodziną pływacką”. Coś w tym jednak jest...

W sobotę było uroczyste otwarcie,wciągnięcie flagi na maszt hymn państwowy. defilada po 2 reprezentantów z każdego klubu, szpaler sędziów. Bardzo lubię te chwile, też się czuję sportowcem, nie myślę o latach, w każdym wieku można nim być i się realizować.



W sobotę czekał nas jeszcze wieczorek integracyjny, zastanawiałam się jak to przeżyje razem z siostrą. Towarzystwo bardzo wesołe kawały, śmiech, do tego żołądkowa gorzka sprawiły, że nie odczuwało się dużego zmęczenia, czas zleciał bardzo szybko.



Kładąc się spać, otworzyłam na cała szerokość okno i mówię do siostry”chwile się dotlenimy to szybko zaśniemy” nie pomyślałam tylko o jednym, że możemy szybciej zasnąć niż się dotlenimy. Siostra w nocy obudziła się zmarznięta. Okno otwarte na całą szerokość spowodowało, że w pokoju było jak w lodówce. Na szczęście jesteśmy zahartowane, nawet katar nas nie dopadł !!!


W niedzielę o godz 8 rozgrzewka, ostatni start o godz 10 i właściwie zawody już miałam zakończone. Obiad na stołówce studenckiej, pożegnanie się ze znajomymi. Uścisków i pocałunków znowu nie było końca.


Trzy dni zawodów minęły jak z bicza strzelił. Miałam 6 startów. Liczyłam na dwa medale, ale niespodziewanie zdobyłam 3. I to trzy srebrne !!!! Płynęłam 100 zmiennym, 50 motylkiem i 100 kraulem.


Moja siostra w starszej kategorii zdobyła też trzy medale, tylko o innym kolorze :) Trzy brązowe. Muszę przyznać, że na 200 żabką ona była lepsza ode mnie o 48 setnych sekundy! W stylu żabka mało kiedy ją pokonałam.

Każdy z pływaków ma swój ulubiony styl, który mu leży. Moim jest motyl, córka mówi że płynę jak delfin i foczka jednocześnie. 

Z medali bardzo się cieszymy, ale najistotniejszy jest czas, który osiągamy. Największy sukces jest wtedy gdy poprawiamy czas, z zwodów na zawody.

Szybko wyjechaliśmy do domu, każdy chciał zdążyć na wybory. W busie zmęczenie już dało się we znaki. Większość z nas po prostu zasnęła. Nareszcie w domu! Rozwieszam mokre stroje, ręczniki i mówię do siostry: ”dzisiaj to już na wodę patrzeć nie mogę, chyba nawet zębów nie umyję”. Ale tak po cichutku się zastanawiam, kiedy znowu wyruszę na następne zawody ….
autor: Zdzisława Pachom

wtorek, 28 października 2014

Zabrany rok mego życia


Polecenie wydane cichym głosem - proszę się ubrać. 
- I ma tu pani skierowanie do szpitala w celu pobrania próbek do badania. Proszę, to może po świętach.

Pani doktor odwróciła się do mnie tyłem i po zastanowieniu, głośnym głosem rzekła, nie - już jutro. Pomyślałam,więcej już tu nie przyjdę.

Jestem już w poczekalni. Doktor wychodzi do mnie - jutro o godzinie 7:30 mam się zglosić na oddziale ginekologicznym u Pani ordynator.

Tak zrobiłam,wyznaczono mi termin na wtorek. To było 13 grudnia. Zgłosiłam się. Pobrano mi materiał do badania.Wyniki mają być przysłane w terminie około miesiąca. Już 23 grudnia otrzymuję telefon ze szpitala - z poleceniem aby zgłosić się u Pani ordynator. 


Przychodzę. W gabinecie jest trzech lekarzy - tak litościwie na mnie spoglądają. Pani ordynator mówi - są wyniki, rak złośliwy trzeciego stopnia. Daje mi skierowanie do kliniki na oddział onkologii. Nogi mi się ugięły. 

Wracam do domu, Jutro Wigilia - przyjadą goście - co mam robić? Dzwonię do syna, który jest lekarzem, a mieszka w Sobótce.

- Marek, mam raka trzonu macicy

- Mamuś, co ty mówisz, powtórz

Powtarzam, rozmowa się urywa. Próbuję się połączyc na nowo. Syn nie odbiera.

Myślę - Wigilię zrobię. Nic nie będę gościom mówić o swojej chorobie.

Po paru godzinach syn dzwoni.

- W pierwszy dzień po świętach masz się zgłosić w klinice. W celu ustalenia terminu operacji.

Nastała wigilia, wszystko jest jak zawsze. Nikomu nie mówię co się ze mną dzieje. Jest spokój do momentu dzielenia się opłatkiem. Nie wytrzymałam. Łzy napłynęły do oczu. Może to moja ostatnia wigilia. 

Zjedliśmy kolację. O północy poszliśmy na pasterkę. Po powrocie nikt się nie kładzie spać. Siedzimy do rana, kolędujemy ze łzami w gardle. W drugi dzień świąt wszyscy się rozjechali, a ja się szykuję do szpitala. Rano po świętach jestem w klinice, termin operacji wyznaczono na trzeciego stycznia.Wracam do domu.

Drugiego stycznia zgłaszam się na oddział. Personel szpitalny przygotowuje mnie do operacji, która ma się odbyć następnego ranka. 

Wcześnie, przed siódmą wywożą mnie z sali. Pod drzwiami stoi wnuczka. Jest blada,wystraszona - chyba nawet bardziej niż ja. Odprowadza mnie pod blok operacyjny. Mówi, że zaczeka na mój powrót. Gdy wróciłam na oddział, wpuszczają ją na salę. Zakłada mi na szyję medalik anioła stróża. 

- Babciu nie ściągaj go, niech cię strzeże.

Po siedmiu dniach wypisano mnie ze szpitala do domu.Wyznaczono termin radioterapii, chemii, brachyterapii. Mam się zgłosić 6 lutego.W przeddzień wyjazdu na terapię dostaję zaburzenia błędnika. Nie mogę utrzymać równowagi, wymiotuję. Wezwany lekarz przychodzi do domu. Daje zastrzyk - tabletki nie przyjmę - zwymiotuję. Dopiero po dwóch dniach mogłam zażyć lekarstwo doustnie. 



Z tygodniowym opóźnieniem jadę na radioterapię. Wiezie mnie syn.
- Mamuś w dniu w którym miałaś operację urodziła ci się prawnuczka,odwiedzimy ją.

Idę do prawnuczki trzymam się kurczowo syna, mam jeszcze kłopoty z utrzymaniem równowagi. Zachodzimy na miejsce. Wnuczka mówi - babciu weź małą na ręce, przytul.

Boję się, że mogę wypuścić maleństwo z ręki. Siadam. Wnuczka podaje mi dziecko. Tulę do siebie to maleństwo. Jest taka mała, ważyła 1800 gram jak się urodziła, a ma dopiero miesiąc. Włoski rude, śliczna.

Koniec pieszczot - jadę do kliniki. Po przyjeździe - jeszcze nie weszłam do swej sali - a tu zaraz badania - tomografia, rysowanie na brzuchu punktów do naświetlania. Doktor podprowadza mnie pod bunkier, w którym mam mieć pierwszą radioterapię. Czekam na wezwanie. Wchodzę, a tam dużo jakiś aparatów. Lęk mnie ogarnął, ale posłusznie się kładę. Zaczyna się naświetlanie. W pomieszczeniu jestem tylko ja - sam na sam z tą machiną. Po naświetleniu nie mogę się podnieść. To błędnik znów dał znać o sobie. 

Zaprowadzono mnie do sali. Położyłam się, dostałam jakiś zastrzyk.
Rano czuję się trochę lepiej. Trzeba iść na drugi zabieg. Koleżanka z sali pomogła mi. I tak przez pięć dni. Mija jeden cykl - ma ich być co najmniej siedem. Jadę do domu na przepustkę, a po dwóch dniach wracam i zaczynam nowy cykl zabiegów.

Stan zdrowia zamiast poprawić - pogarsza się. Wymiotuję i mam biegunki. Poziom potasu spadł. Dostaję dwa razy w tygodniu po dwie butle w kroplówce, płytki spadają. Mija drugi cykl - przepustka. Podczas trzeciego cyklu - na Dzień Kobiet urządzono nam sesję terapeutyczną. Kto miał siłę - to uczestniczył.Na dużej auli ustawiono długi stół nakryty białym obrusem. Na nim ustawione wzdłuż, palące się, małe świeczki - jedna obok drugiej. Jest też kawa i ciasto. Okna zasłonięte, z głośnika leci cichutko lekka nastrojowa muzyka. Przy wejściu każda z nas otrzymała kwiat. Po wstępnym powitaniu przez panią psycholog i terapeutkę, za proponowano nam półgodzinną sesję. Kto nie czuł się dobrze wyszedł. Bo w czasie sesji musi być spokój. 



Opiszę krótko jak to przebiegało. Zamykam oczy i przenoszę się w świat dziecięcy. Biegam boso po mokrej łące. Słońce świeci, jest wesoło, ptaki śpiewają. Nagle - opada mgła. Przytłacza mnie, nic nie widzę. Jest bardzo ciężko. Mgła opada, staje się coraz ciemniejsza, sięga kostek. Próbuję przed nią uciec, ale nie mogę. Nagle - w oddali widzę światełko - jakby w tunelu. Idę w tym kierunku. Idę,a tam potężne skały. Nie można przez nie przejść. Próbuję, wchodzę w otwór. Zaklinowałam się - ani do przodu, ani do tyłu. Duszę się. Nie odpuszczam, mocuję się. Wreszcie mi się udało - jestem na drugiej stronie. Podziwiam widok. Za skałą stoi piękny ukwiecony zamek. Świeci słońce, uśmiecha się do mnie, jest mi lżej. I tak z moją chorobą. Jest mi ciężko, ale będzie lepiej. Wracam na oddział podbudowana psychicznie. Po następnej chemii pesymizm powraca. 

Koniec czwartego cyklu - czwarta przepustka - jestem w domu. Szybko koniec wolnego - czas wracać na oddział. U mnie nastąpiła blokada. Nie chcę wracać na oddział. Usiadłam, rozpłakałam się. Jestem coraz słabsza - wymiotuję, męczą mnie biegunki, nie mogę jeść, muszę przestrzegac diety. Jak to jest? Byłam silna,nic mnie nie bolało,a teraz czuję się coraz gorzej. 

Do pokoju wchodzi mąż.

- Dlaczego płaczesz?

Nie odzywam się.

Wychodzi. Ponownie wraca, czegoś szuka w pokoju. Akurat ma najwięcej spraw do załatwienia. Wychodzi. Słyszę, że dzwoni do syna - rozmawiają o mnie. 
- O nie, już nie będą decydować o mnie - pomyślałam. 

Wstałam. Pakuję do torby piżamy, ręczniki. Ubieram się. Mąż wyprowadza z garażu auto. Bierze moją torbę, wynosi do wozu - wsiadam. Wszystko odbywa się bez słowa. Ruszamy.

Odwieź mnie na dworzec - proszę - jadę pociągiem. 

Nie stawia oporu, wiezie. Czekam na pociąg około 20 minut. Wsadza mnie do wagonu. Proszę aby mnie w szpitalu nie odwiedzał. Na przepustkę już do domu nie przyjadę. Pociąg rusza - jadę. Mam żal do całego świata. Kłócę się z Bogiem. Dlaczego tak się dzieje? Jestem czwartą osobą z rodziny w linii prostej - chora na raka. Brat w wieku 35 lat zmarł, mama zmarła, młodszy brat jest 3 lata jest po operacji i chemii. A teraz ja. 

Tak rozmyślam,w duchu. Płaczę. Jest już Wrocław, wysiadam z pociagu. Przede mną stoi moja wnuczka. Kończy przez telefon rozmowę - “Mam babcię, wysiada z pociągu”. 

I tu mnie znależli. Podchodzi. 

Babciu, dziadziu bardzo się martwi - odwiozę cię do szpitala.

Zresztą, ona była u mnie codziennie w szpitalu.

Rozpoczyna sie piąty cykl. Zaczynają mi sinieć usta, paznokcie przyjęły barwę fioletu. Badania: wyniki złe - potrzebna krew. Jestem coraz słabsza, zrezygnowana z życia. Podłączają mi krew,wchodzi wnuczka. Jak zobaczyła co się dzieje, narobiła płaczu, krzyku. Dlaczego? - to moja babcia!

Wyprowadzono ją. Po niedługim czasie przychodzi ksiądz. Mówi - chcę ci udzielić ostatniego namaszczenia, Jak to powiedział, odwróciłam się do niego plecami.

- Ja chcę żyć, nie umierać - powiedziałam.

Usiadł, coś pomruczał, wyszedł. 

Tak leżę i myślę - może to czas już na mnie? W tygodniu w którym miałam operację, urodziła się prawnuczka - trzeba zrobić miejsce dla nowo narodzonej. 

Po dwóch dniach odwiedził mnie ponowie ksiądz. Pogodziłam się z Bogim, przyjęłam święte namaszczenia,i myślę - co ma być, niech będzie. Jeszcze mam tylko 10 naświetleń, na przepustkę nie jadę. 

W szóstym tygodniu pobytu w szpitalu wymioty ustapiły. Jest mi lżej. Przyjeżdża do mnie wnuk z rodzicami, aby zaprośic mnie na pierwsza komunię świętą. Ma się odbyć w pierwszą niedzielę maja. Chciałabym tam być Takie mam marzenie - może się uda. Wnuk opowiada mi jaki ma problem - ma 8 lat, ma narzeczoną, chciałby się teraz ożenić i mieć dwójkę dzieci. Najlepiej bliźniaki i już to miałby z głowy. Pytam czy rodzice widzieli narzeczoną. Powiada tak - tacie bardzo się spodobała, bo ma warkocze jak ogonki myszy. A mama mówi, aby zaczekać, rozejrzeć się - może są ładniejsze dziewczyny. Pożegnali się, wychodzą. Od drzwi wnuk wraca. 

- Babciu jak ty łapałaś te raki, że jeden się ciebie uczepił. 

Syn wziął go na bok i wytłumaczył, że to taka choroba. To tylko potocznie mówi się, że złapała raka. Nie wiem czy to go przekonało,

W kwietniu wróciłam ze szpitala do domu. Wrak - w ciagu dwóch miesięcy schudłam 13kg. Słabiusieńka, twarz pomarszczona - z wyglądu starsza o 10 lat - ale szczęśliwa

Trzeba się szykować na komunię - mam trzy tygodnie. Dużo wypoczywam, spaceruję po swym ogrodzie - tyle na ile pozwolą mi siły. Mam zakaz przebywania wśród ludzi, aby nie złapać infekcji - mam poparzone jelita,dostałam odczynnik po promienny. W ciepłe dni leżę na huśtawce w swym ogrodzie. Dużo śpię.

Jest maj, jadę na komunię. W kościele jestem pół godziny przed ceremonią,ćaby uśiąśc. Czekam. Idą dzieci - piękne i uśmiechnięte. Wszystkie są ubrane w białe alby.Z radości serce ściska. Udało się. Jestem tu. Obecna.Mogę zobaczyć wnuka w tak ważnym dla niego momencie. Po zakończeniu ceremonii wszyscy opuszczają koścół. Jest prawie pusto. Ja muszę zmobilizować siły, aby wstać i wyjść. Zauważył mnie wnuk, przybiegł - za nim jego rodzice.


- Babciu jesteś wielka - uśmiechy, obustronna radość. 

Wychodzimy. Pod kościołem stoi grupka zaproszonych na komunię gości. O dziwo, nie podchodzą do dziecka, a do mnie. Ściskają, witają, spoglądają ze współczuciem. Jedziemy na obiad. Stół suto zastawiony - to nie dla mnie. Zjadłam trochę rosołu, kawałek gotowanej piersi z kurczaka - i to wszystko. Po godzinie jestem bardzo zmęczona, wracam do domu. Zmęczona, ale szczęśliwa. Udało się. 

Po 6 tygodniach jadę do kliniki do pierwszej kontroli. Robią mi badania, wyniki są rokujące optymistycznie. Nadal ścisła dieta. Wymioty ustąpiły, biegunki z coraz mniejszą częstotliwością. Czuję poprawę. Mam nadal zakaz spotykania się z ludźmi, mogę kontaktować się jedynie telefonicznie. Jestem silniejsza.

Po dwóch miesiącach od wyjścia z kliniki otrzymuję telefon od Pani doktor. Tej, która prowadziła mnie w szpitalu. Byłam bardzo zaskoczona. Nby pyta mnie o numer telefonu stażystki, która miała praktykę lekarską na tym oddziale. Po chwili luźnej rozmowy, mówi wprost, chcę wiedzieć jak się pani czuje.

- Jestem bardzo ciekawa - dopytuje się

- Już lepiej - odpowiadam. 

Słyszę w jej głosie radość. Udziela mi wskazówek, co mam dalej robić. Najważniejsze, nie przebywać w towarzystwie obcych osób, aby nie złapać infekcji, - i - , nadal ścisła dieta. Dużo odpoczywać. Przyrzekłam przestrzegać zaleceń.

Przez całe lato nikt do mnie nie przychodził, ani ja nigdzie nie bywałam. Całym moim światem był mój ogród. Jesienią odważyłam się na spacer bocznymi ulicami miasta. Jestem coraz silniejsza. 

Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Zjeżdżają się goście. Jest jak dawniej - wesoło. Ale na pasterkę nie idę, nie mam siły. 

Minął rok od radioterapii. Robią mi wszelakie badania - łącznie z tomografią jamy brzusznej, głowy, prześwietleniem klatki piersiowej. Wyniki dobre. 

CHYBA UDAŁO SIĘ.

Spotykam się z ludźmi, pracuję w swoim ogrodzie. Cieszę się życiem. Dziękuję Bogu,l ekarzom i wszystkim tym, co w tych trudnych chwilach ze mną byli. 

Proszę bardzo nie narzekajmy na lekarzy, warunki szpitalne, jedzenie. Lekarze cieszą się z nami sukcesem, przeżywają nie powodzenia.

Człowiek naprawdę chory pragnie jedynie pomocy medycznej. Nieważne że szafka stara, jedzenie nie takie jak w domu. Lekarze naprawdę robią wszystko, aby nam pomoc. Personel pomocniczy ma naprawdę pełne ręce roboty, aby utrzymać ład i porządek w łazienkach, toaletach. Nie zawsze zdążyło się do toalety. Bywało że ściągało się z siebie brudną piżamę, i wyrzucało do kosza. Mycie wodą nie wchodziło w grę - nastąpiłoby poparzenie, tak jakby się oblało wrzątkiem. I tak było po wyjściu że szpitala przez dwa miesiące. Dopiero po tak długim czasie od zakończenia terapii można było się wodą obmyć. Szły w ruch pianki do mycia i kilogramy ligniny.

Dzisiaj jestem,bardzo aktywna,wesoła.Mam dużo przyjaciół.Chyba jeszcze parę lat pożyję.
CHCĘ ŻYĆ
Janina Korol

wtorek, 29 lipca 2014

Miasto ruin i zgliszcz cz. 2


Bliskie sąsiedztwo Rynku - ul. 1 Maja - od strony Zacisza. Tych kamienic już nie ma, zastąpiły je domy z tzw. nowego budownictwa. Ciąg ulic i zbudowane przy nich budynki kompleksowo uporządkowały w sensie architektonicznym tę część miasta.





To ciągle fragmenty Rynku - trudne do rozpoznania, chociaż po pierwszych próbach uporządkowania przejść chodnikowych. Seria najstarszych fotografii.





Ulica Bolesława Prusa w roku 1947. Masowa akcja odgruzowywania przy wykorzystywaniu prymitywnych narzędzi /łopat/ i własnej tężyzny fizycznej setek ludzi zdolnych do olbrzymiego wysiłku, lokalnych patriotów, którzy związali z tym miastem swoje przyszłe losy.





Zrujnowane otoczenie tzw. kościoła ewangelickiego, dziś świątyni pod wezwaniem Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Gruz został już usunięty i wywieziony poza miasto, pozostały do rozbiórki resztki zrujnowanych kamienic.




 Nie szczędzili swoich sił młodzi ludzie, służbę społeczną traktując jak wielką życiową przygodę. Charakterystyczny krajobraz odgruzowywania Rynku i przyległych ulic z prowizoryczną kolejką szynową, po której jeździły górnicze wózki-koleby /wywrotki/ załadowane gruzem ze zburzonych kamienic.





Ten sam pomysł racjonalizatorski w innym ujęciu i z inną grupą mieszkańców uprzątających gruzowisko. Potwierdza się powiedzenie, że potrzeba jest matką wynalazków.




Także zaprzęg konny spełniał nieocenioną rolę w porządkowaniu miasta i wywozie gruzu.





Grupa młodzieży na wielkiej hałdzie kamiennego rumowiska. Tutaj pozuje do zbiorowej pamiątkowej fotografii, za chwilę przystąpi do pracy ponad siły, bez liczenia czasu i bez względu na zmęczenie. To spontanicznych zryw młodych na apel Ojczyzny.




A to inna grupa młodzieży i dorosłych zaangażowanych w czynie społecznym dla swojego miasta i Polski.





Wielki wkład w dzieło odgruzowania i porządkowania po wojnie Bolesławca wniosło Wojsko Polskie . Młodzi chłopcy w mundurach podejmowali się najtrudniejszych, a często też niebezpiecznych zadań. Zapisali w swoich biografiach piękne karty działań pro publico bono.





Żołnierze karabiny zamienili na łopaty. Ten rodzaj służby też zasługuje na szacunek i najwyższe uznanie. Dziś o ich trudzie zaświadczają nazwy niektórych ulic, np. Wojska Polskiego czy II Armii WP z kamiennym pomnikiem ku czci bohaterów wojennych.





Fotografia ilustruje masowy udział wojska w przywracaniu do życia naszego miasta.





Paradne mundury polowe, tradycyjne rogatywki i lśniące pastą buty, wiązanka kwiatów w dłoniach żołnierza - to już symbol naszej Polski na Ziemiach Odzyskanych w zrujnowanym, ale wracającym do życia Bolesławcu.




Puste oczodoły okien budynków, ale już sporo ludzi na ulicy z wojskowym na pierwszym planie. To już polskie miasto i polskie życie, preludium do patriotycznej uroczystości pod gołym niebem związanej z przyjazdem ważnych gości. Jakich? Niestety, tego faktu fotograf nie nazwał.




Gra orkiestra wojskowa, nastrój świąteczny. Tylko w tle straszą mury zniszczonych kamienic. Tak będzie jeszcze przez kilka lat.




A to już uroczystość w Rynku, na którą przybyli chyba prawie wszyscy mieszkańcy grodu nad Bobrem. Zrujnowane kamienice nie pozwalają zapomnieć koszmaru okrutnej wojny. A jednak odradza się uparcie nowe życie miasta. Polskie życie.

autor: Paweł Śliwko
zdjęcia ze zbiorów autora

piątek, 18 lipca 2014

Miasto ruin i zgliszcz w fotografii Alojzego Skorupy

Dziś trudno uwierzyć, że Bolesławiec to zupełnie nowe - niemal w całości - miasto, które zostało w swojej zabytkowej części pieczołowicie odrestaurowane i rozbudowane. Zachwyca każdego przybysza swoim niepowtarzalnym urokiem, kompleksowym uporządkowaniem architektonicznym i odtworzeniem terenów zielonych wg. historycznych wzorców. Swoją “drugą młodość” przeżywa po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej, co umożliwiło napływ i racjonalne wykorzystanie olbrzymich środków finansowych na rewitalizację istniejących obiektów i kolejne inwestycje.

W szkolnej kronice Szkoły Podstawowej Nr 8 /dziś Miejski Zespół Szkół Nr 3/ jako ówczesny dyrektor szkoły odnotowałem pod datą 26 czerwca 1986 roku fakt przekazania do muzealnych zbiorów Izby Pamięci kilkudziesięciu bezcennych fotografii wykonanych głównie przez jedynego w tym czasie w nadbobrzańskim grodzie fotografa Alojzego Skorupę. Ich unikatowa wartość wynika z faktu, że są autentycznym dokumentem ilustrującym stan rzeczy głównie z roku 1946 i kilku następnych lat. Wcześniej fotografował ruiny i uśpione życie miasta brat pana Alojzego, Rudolf, który wyjechał w głąb Polski, rezygnując z osiedlenia się na terenie niebezpiecznych wówczas Ziem Odzyskanych. Alojzy Skorupa został więc uniwersalnym kronikarzem faktów i zdarzeń, które pozwoliły miastu zasłynąć - nie tylko urodą, ale przede wszystkim wszechstronnym dorobkiem w skali ogólnokrajowej.
Dzieło odbudowy nadbobrzańskiego grodu trzeba było rozpoczynać od punktu zerowego. Dziś trudno uwierzyć, że historyczne kamieniczki Starówki doszczętnie strawił ogień.

Okrutne ślady wojny i dzieło szabrowników
Alojzy Skorupa był człowiekiem wyjątkowym i godnym najwyższego szacunku, bezinteresownym społecznikiem i życzliwym ludziom mecenasem. Swoje usługi nierzadko wykonywał bezpłatnie ze współczucia dla ludzkiej biedy i w odruchu humanitarnej solidarności. To był człowiek noszący serce na dłoni, cieszący się powszechnym szacunkiem i uznaniem. Moje szkoły - najpierw “Czwórka”, a potem “Ósemka” zawsze mogły liczyć na jego pomoc i tak było od początku naszej przyjaźni. Jemu zawdzięczały utrwalenie na taśmie fotograficznej najważniejszych epizodów w swoich dziejach, podobnie jak całe nasze miasto, które szczerze ukochał i stał się piewcą jego urody i kronikarzem dziejów. Dzięki swojej pasji i zaangażowaniu ocalił od zapomnienia historię grodu nad Bobrem.

Po moim odejściu na emeryturę zgromadzone w szkolnych muzeach skarby uległy rozproszeniu i zniszczeniu. To już strata bezpowrotna i nie chcę wracać do tej kwestii (zainteresowani znajdą uwagi na ten temat w blogu “Szkoła sercem malowana” http://pawelsliwko.blogspot.com/). Ocalenie resztek zbiorów muzealnych byłej “Ósemki” zawdzięczam zainteresowaniu i życzliwości pani Dyrektor Gimnazjum Samorządowego Nr 3 mgr Irenie Sikora Kołodyńskiej, która talent pedagoga łączy w sobie z walorami człowieka myślącego, dzięki czemu historyczne fotografie trafiły na krótko do mojej obróbki komputerowej z możliwością upowszechnienia wiedzy o powojennych dziejach miasta bez zafałszowań i pokusy upiększania rzeczywistości. Tak powstał ten fotoreportaż, który obnaża brutalną grozę skutków wojny i pokazuje patriotyzm czystej wody. Uzupełnieniem są oszczędne w słowach “wstawki”, w których nie silę się na oryginalność, za to cytuję kilka dosłownych wypowiedzi autentycznych pionierów, którzy byli w Bolesławcu pierwszymi osadnikami.

Ślady wojny i zbrodniczego zdziczenia
Zapisy pochodzą ze skromnego w objętości i szacie graficznej pierwszego w grodzie nad Bobrem turystycznego przewodnika zatytułowanego “Bolesławiec i okolice”, którego byłem głównym autorem. Krótki tekst na temat historii miasta opracował znany i zasłużony architekt Janusz Bachmiński, do mnie należał tekst reszty wydawnictwa w rozdziałach: “Dorobek XX-lecia”, “Spacerkiem po Bolesławcu”, “Dalsze wycieczki z Bolesławca”, “Nowogrodziec”’ “Gościszów”’ “Zamczysko na bazaltowym kopcu - Grodziec”, “W starym zamku i nad wodospadem w Kliczkowie”, “Bory Dolnośląskie”.

W składzie zespołu redakcyjnego znaleźli się : Janusz Bachmiński, Włodzimierz Kowalski, Jerzy Szymkowiak, Paweł Śliwko, Aleksander Widlarz, Henryk Wawrzynowicz. Rok wydania - 1965. Na zlecenie Prezydium Powiatowej Rady Narodowej, z fundacji Prezydium Miejskiej Rady Narodowej wydaje Zarząd Oddziału Polskiego Towarzystwa Turystyczno - Krajoznawczego w Bolesławcu. Zdjęcia - Alojzy Skorupa i Sergiusz Radziejewski, opracowanie graficzne - Mieczysław Żołądź (okładka zewnętrzna z linorytem przedstawiającym Ratusz Miejski i herb Bolesławca oraz rozkładana okładka z planem miasta i szkicem okolic Bolesławca w formie dwubarwnego linorytu).

Jeszcze jedno spojrzenie fotografa na bolesławiecki Rynek. To już stadium częściowego odgruzowania. Ruiny kamienic pozostały.

Pospolite ruszenie mieszkańców przy odgruzowywaniu miasta. Wszystko było wielką prowizorką, improwizacją, nikt nie liczył czasu pracy i rozmiarów wspólnego trudu. To był patriotyczny obowiązek. W gruzach wyrastały pierwsze prymitywne sklepy. Na fotografii widać szyld pierwszej polskiej galanterii.


Pesymiści nie wierzyli w powrót do normalności. Przewagę mieli na szczęście poobijani wojennymi doświadczeniami optymiści i to oni mieli rację. Bolesławiec wracał do życia i odradzał się jak symboliczny feniks z popiołu …


Młodzi i starzy pchają po szynach górnicze wózki wyładowane gruzem. W żołnierskim mundurze pcha wózek zdobywca Berlina, fryzjer z zawodu, Michał Bigosiński

Ciekawa i symboliczna niejako fotografia ; 
ocalały z pożogi wojennej Kościół 
Ocalały z pożogi wojennej Kościół /dziś Bazylika Mniejsza/, w którym pełnił swoją posługę nieodżałowanej pamięci wspaniały pasterz ksiądz prałat Władysław Rączka /na mój wniosek jako radnego wyróżniony zaszczytnym tytułem “Honorowy Obywatel Bolesławca”/ Zrujnowana kamienica u wylotu z ulicy Prusa na Rynek została odbudowana, nie ma natomiast dwóch budynków zamykających kompozycję urbanistyczną Rynku /m.in. mieścił się tu hotel i restauracja/. Do dzisiaj toczy się nierozstrzygnięty spór zwolenników i przeciwników powrotu do pierwotnego stanu zabudowy tej części placu.
Na zakończenie pierwszej części prezentacji przytoczę fragment wypowiedzi pierwszej polskiej nauczycielki w Bolesławcu - Stefanii Tajcher.
“Miasta właściwie nie było. Sczerniałe elewacje zdruzgotanych kamienic niczym ospa znaczyły wyrwy powstałe po karabinowych czy innych pociskach. Czarne oczodoły wypalonych okien wprowadzały nastrój grozy, stosy skręconego żelastwa i cegieł, kamieni, jakichś rupieci sięgały pierwszego piętra. Przejście przez ten chaos gruzu wymagało ekwilibrystycznych umiejętności. Ponure, wymarłe miasto wieczorem tonęło w egipskich ciemnościach. Brakowało gazu, światła, żywności”.
autor: Paweł Śliwko
zdjęcia z prywatnych zbiorów autora

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Logarska Dolina

Lubię zwiedzać świat i cieszyć się życiem. Jestem ciekawa wszystkiego co nowe i chociaż zdrowie nie dopisuje, to każda podróż jest dla mnie niezwykła. Wiedza o życiu i mieszkańcach innego kraju rozwija moją wyobraźnię. Podróże uczą otwartości na inne kultury, tolerancji, języka, poszerzają znacznie horyzonty. Wyjazd do rodziny najczęściej połączony jest z wypoczynkiem i zwiedzaniem, poznawaniem wielu ciekawych miejsc, co jest bardzo przyjemne.
Słowenia, jedno z najmniejszych państw naszego kontynentu, zwana także Europą w miniaturze, oczarowuje pięknymi krajobrazami. Logarska Dolina słynie jako jedna z najładniejszych dolin polodowcowych w Europie. Jest położona w Alpach Kamnicko-Sawińskich w północnej Słowenii i ciągnie się przeszło 7 km. Dostać się tam można dość wąską drogą z bardzo ostrymi zakrętami sięgającymi nieraz 180 stopni, o czym wcześniej nie wiedziałam. Z utęsknieniem wyczekiwałam kiedy to się skończy.
Dno doliny, którą wije się malowniczy szlak turystyczny, otoczone jest przez imponujące szczyty górskie(największy 2300 metrów n.p.m.) Na terenie doliny znajduje się wiele atrakcji przyrodniczych. Można tu spotkać liczne wodospady( ponad 40), polodowcowe skały, czy jaskinie. Dolina Logarska została objęta chronionym parkiem krajobrazowym. Za wjazd pobierana jest opłata. Jest to spokojna, piękna okolica z gospodarstwami agroturystycznymi, z wieloma atrakcjami dla turystyki pieszej, rowerowej czy jazdy konnej.
W górach jest tyle piękna, że trudno to zrozumieć. Gdy się przed nimi stanie, są takie cudowne, pełne dostojeństwa i powagi. Imponują wielkością i okazałością. Jestem świadoma ich żywotności, szumu wodospadów, różnych subtelnych odgłosów natury - szelestu liści na wietrze, spadających kropli deszczu, . W takim otoczeniu jesteśmy wyciszeni i potrafimy dostrzec rzeczy, które wcześniej się nie dostrzegało. Warto zwolnić, wszystko co nas otacza wyzwala wtedy zachwyt i jest niepojęte. Nie jesteśmy bowiem oddzieleni od natury.



autor: Genowefa Krzemińska