niedziela, 8 lutego 2015

Chrust, zwany też faworkami

Ostatni tydzień karnawału, przed nami tłusty czwartek. Ponoć w tym dniu można dosłownie obżerać się pączkami i chrustem - zwanym też faworkami. Nie miałam szczęścia do smażenia pączków. Nie udawały się, były małe, twarde i zawsze bardzo spieczone. Bardzo cieszyła się z tak cudnie wysmażonych pączków moja mała córeczka - traktowała je jako piłeczki. Wystarczyła chwila nieuwagi i całe mieszkanie było w piłeczkach. Jeśli chodzi o faworki - to moje oczko w głowie. Zawsze się udawały, zawsze wszystkim bardzo smakowały i błyskawicznie znikały ze stołu. Nie jestem pasjonatką pieczenia, to działka mojej siostry, jednak w moim domu rodzinnym mistrzynią w smażeniu faworków od wielu, wielu lat jestem ja. 

Nawet pamiętam jak do tego doszło.




W czasie karnawału, postanowiliśmy z koleżankami i kolegami z klasy maturalnej urządzić prywatkę. Mama Ewy dała nam przepis na faworki, mówiąc, że zawsze się udają. W tamtych czasach nie było firm kateringowych, więc ”żarełko” przygotowywaliśmy sami. Prywatka odbywała się u mnie w domu. Wszyscy mieli swoje zadania do wykonania. Gwoździem programu miały być faworki. Przepis prosty: 3 szklanki mąki, 1 łyżeczka proszku do pieczenia, 1 cukier waniliowy, 4 żółtka, ½ szklanki kwaśnej śmietany, szczypta soli, olej lub smalec do smażenia, cukier puder do posypania. Oczywiście to jest przepis na małą porcję, my musiałyśmy 5-krotnie zwiększyć proporcję. Warto było poświęcić czas na smażenie, faworki były przepyszne, kruche,z pęcherzykami powietrza, rozpływające się w ustach. Suto obsypane cukrem pudrem czekały na wniesienie do pokoju. Tymczasem pozostali uczestnicy bawili się przy dźwiękach muzyki płynących z adapteru Bambino.


Zaprosiliśmy też panią “fotografkę”, aby uwieczniła swoim aparatem nasze radosne młodzieńcze chwile. Zapomnieliśmy o faworkach, w wielkim pośpiechu kilka koleżanek z kuchni przenosiły talerze, na których piętrzyły się sterty chrustu.W pewnym momencie jedna z nich potknęła się na dość szerokim progu i zawartość niesionych przez nią talerzy znalazła się na podłodze,na podłodze z desek, świeżo malowanej pastą Tempo. Pokruszone przy upadku faworki i cukier puder pięknie udekorowały podłogę. Gdyby był odkurzacz, nie byłoby problemu, a tak - przez kilka dni jeszcze widoczne były ślady prywatki.


Od naszej prywatki upłynęło wiele czasu, ale przepis na faworki się zachował, Smażę je czasem, a szczególnie w okresie karnawału. Nasza szkolna przyjaźń też przetrwała i trwa do chwili obecnej.
Tekst i zdjęcia: Irena Derecka

wtorek, 20 stycznia 2015

Smak czarnej kawy

Minęło już tyle lat, a ja wracam wspomnieniami do tamtych dni, cudownych dni. Właśnie młodzież przygotowuje się na studniówki, tak jak przed laty my. Ale od początku...

Styczeń jak na tę porę roku był wyjątkowo ciepły. Jestem uczennicą XI klasy Szkoły Ogólnokształcącej. Za parę miesięcy matura. Nim do tego dojdzie będę się cieszyć studniówką. Właśnie trwają przygotowania do tego bardzo ważnego dla nas wydarzenia. Pracy mamy wiele, a jest nas uczniów mało, tylko 23 osoby. Jak to możliwe? Do klas ósmych przyjęto około 90 uczniów Z każdym rokiem kogoś “usadzano”, ktoś zmieniał szkołę, ktoś inny wyjeżdżał do innej miejscowości. Każdy z nas miał wiele obowiązków domowych. Rodzice pracowali zawodowo, więc należało im pomóc w robieniu zakupów, paleniu w piecu, sprzątaniu, praniu ręcznym rzeczy osobistych, opiece nad młodszym rodzeństwem. Na naukę często brakowało czasu. 

Nasi nauczyciele byli bardzo wymagającymi i ambitnymi ludźmi. Wyciskali z nas ostatnie soki, każdego prześwietlali bardzo dokładnie, przy tak małej ilości uczniów w klasie, nie było to trudne. Za byle jakie potknięcie była ocena niedostateczna. Ale nikt nie używał terminu stres, nie latał do pedagoga szkolnego, do psychologa. Z ufnością patrzyliśmy w przyszłość czyli zdać maturę i pożegnać się raz na zawsze ze szkołą. Przygotowania do studniówki już od kilku tygodni trwały. Miejsce ustalone - aula szkolna. Sami musimy zadbać o przyniesienie z klas stołów i krzeseł, z pomocą rodziców - rozłożenie naczyń i sztućców. Dekorację też robimy we własnym zakresie. Koledzy-plastycy projekt dekoracji muszą uzgodnić z wychowawcą, aby nie było przykrych niespodzianek. Co kto miał w domu; kartony, bibuły ,wstążki, farby itp. gromadziliśmy w szkolnym magazynku. W chwilach wolnych ćwiczyliśmy poloneza, którym należało rozpocząć studniówkę. 


Jeszcze jedna ważna sprawa, ubiór. Koledzy obowiązkowo w ciemnych garniturach, białych koszulach, koleżanki w granatowych lub czarnych spódnicach i białych, z marynarskimi kołnierzami, bluzkach. Żadnych wizyt w zakładach kosmetycznych czy fryzjerskich. Obuwie na płaskim obcasie. Nikt się nie buntował, nikt nie dyskutował. Tak miało być i koniec. 


O dobre jedzonko w całości zadbali rodzice, pomagaliśmy wnosić do auli zakupiony towar. Zdziwiła nas ilość butelek oranżady, ale to w końcu jeden z tańszych artykułów w tamtych czasach. Gdybyście widzieli naszą orkiestrę “bomba”. Adapter “Bambino” i płyty winylowe. Coś fantastycznego...

W sumie bawiliśmy się świetnie. Dekoracją wszyscy się zachwycali, jedzenie i picie (zwłaszcza kilka butelek oranżady które przypadkowo znalazły się na naszych uczniowskich stołach) wyśmienite. ”Bambino” szybko się przegrzewało, więc z naszymi ukochanymi nauczycielami przeprowadzaliśmy gry towarzyskie jak perskie oczko, taniec z krzesłami, z koszem lub chusteczkę haftowaną. Mówiliśmy jakieś śmieszne wierszyki, zgadywanki itp. Z wybiciem godziny 22 miało nastąpić zakończenie imprezy, jednak na naszą prośbę i rodziców, została przedłużona o godzinę. Z żalem opuszczaliśmy salę. No cóż regulamin rzecz święta. 

Na drugi dzień czyli w niedzielę mamy przyjść i posprzątać tak aby w poniedziałek mogły się odbywać normalne lekcje. Po nabożeństwie spotkaliśmy się przed budynkiem szkolnym. Niestety, wszystkie drzwi były pozamykane. Po wielu poszukiwaniach ściągnęliśmy palacza, który łaskawie wpuścił nas do budynku przez kotłownię. 

Zaczęła się ciężka praca; stoły i krzesła do klas, naczynia do umycia, dekorację należało zdjąć i wynieść do kotłowni celem spalenia. Wszystko co zostało po świetnej studniówce to jakieś paczkowane ciasteczka z cukrem, jabłka, trochę słodyczy, herbata i zmielona kawa. Jeszcze tylko umycie podłogi w auli i koniec pracy, można iść do domu. 


Jeden z kolegów włączył adapter, przy dźwiękach muzyki, poczuliśmy jak bardzo jesteśmy zmęczeni głodni i spragnieni. Znaleźli się jednak chętni do zaparzenia kawy i herbaty. Gdyby był tak jak teraz czajnik elektryczny lub grzałka, sprawa byłaby prosta. W pokoju nauczycielskim była mała jednopalnikowa kuchenka elektryczna ale nie mieliśmy klucza do pomieszczenia. Był jednak pan palacz w kotłowni, który dalej męczył się z utrzymaniem odpowiedniej temperatury na piecu. Tak wiec dwie osoby z tacą i filiżankami do których nasypaliśmy kawą i herbatę poszły do kotłowni. Okres oczekiwania bardzo się dłużył. Sprzątanie zostało zakończone, naczynia z wyjątkiem filiżanek zapakowane do koszy. Wszystkie ślady po studniówce zostały usunięte. Nasz zespół klasowy był bardzo zgranym zespołem. Może dlatego, że jeździliśmy na wycieczki z wychowawcą, organizowaliśmy prywatki, poznawaliśmy okolice miasta, braliśmy udział całą klasą w wykopkach. Mimo zmęczenia, zimna i głodu kilka osób tańczyło. Wreszcie otworzyły się drzwi i poczuliśmy zapach kawy. Jak sępy rzuciliśmy się na nią. 

I choć nie była gorąca, nie była słodzona, nie była z mleczkiem, smakowała wybornie. Nigdy więcej takiej kawy nie piłam. 

Ta kawa została zalana ciepłą wodą z kotła centralnego ogrzewania.

Tekst i zdjęcia: Irena Derecka

środa, 3 grudnia 2014

Ceramiczna kanapa


CERAMICZNA KANAPA
W rynku, koło wodnej fontanny,
Ustawiono kanapę z ceramiki.
Jest jak kamień węgielny
I nośnik nowej epoki!

Stoi, a miejsc ma cztery.
Siadasz i zachód słońca podziwiasz
W kolorach mgiełki z fontanny
I pełnię zadowolenia odczuwasz.

Stoi, a każdemu chwilę chce przeznaczyć
Zmęczonej spacerkiem rodzinie,
Dzieci i seniorów odpoczynkiem darzyć,
I każdemu ulżyć w trudnej godzinie.

Stoi, a zegar ratuszowy czas wyznacza
Dla siedzących, że mija kwadrans!
Popatrz, jak fontanna wody przetacza,
I jak szybko kanapowy mija czas!

Rano, od strony Małej Bazyliki
Wschodzące oświetla ją słońce
I echo unosi nad nią dzwonów dźwięki,
Więc stoi piękna w fioletowo-białej ozdobie!

Gdy ceramiczne otoczy ją święto,
Wtedy kolorowe jej szaty, złota nić oplecie
I wszyscy podziwiać ją będą
A każdy na niej siedzieć zechce.

Wieczorem, gdy księżyc zakryją chmury,
Z lamp, światło pada na nią z góry,
Zakochane pary na niej siadają
I wzajemną miłość sobie wyznają.

Zaś kanapa ceramiczną historią się otacza

I z nią dumna w kolejny rok wkracza.
A że, od pradziada wzięty przykład doskonały,
Więc stoi na rynku, dla ceramiki chwały!

Przechodniu, usiądź na niej choć chwilę,
Dziś, a jutro wspominać będziesz  to mile.
A jeśli pamiątkowe zrobisz zdjęcie,

To siedem lat będziesz mieć szczęście!










autor: Zbigniew Kaźmierski

wtorek, 2 grudnia 2014

Pokuta zadana na całe życie


Był czerwiec, zbliżał się koniec roku szkolnego. Wielu uczniów było zagrożonych pozostaniem na drugi rok w te samej klasie.To był rok 1951, klasa czwarta. Pani przepytywała, aby poprawić oceny. Na jednej z lekcji pyta zagrożonego kolegę, a on nic a nic nie umie. Więc mu podpowiadam - a byłam w tym dobra. 


Chodziłam do małej szkoły podstawowej na wsi, w której boisko szkolne - tylko przez drogę -  graniczyło z dużym cmentarzem niemieckim. Często na przerwach, siadaliśmy pod murami cmentarza i jedliśmy kanapki, albo na cmentarzu toczyliśmy wojnę. Dziewczyny kontra chłopcy - zakładaliśmy niemieckie hełmy na głowę - a było ich tam dużo - i kamienie szły w ruch.




Pani zauważyła, mówi - Antek siadaj, masz tróję - a ty jak jesteś taka mądra to odpowiadaj. Zadaje mi jedno, drugie, trzecie pytanie, odpowiedziałam. 

Widzę, ze wiesz wszystko, to powiedz mi, na którą stronę czesze się Józef Cyrankiewicz. (kiedyś portrety prominentów państwa wisiały na ścianie w szkole).

O..o..nie wiem
 - Dwója, siadaj.

Łzy napłynęły mi do oczu. Pierwsza dwója od początku nauki w szkole, jak powiem w domu rodzicom. Byłam bardzo dobrą uczennicą. Koniec lekcji, wszyscy się rozeszli. 

Zostałam ja i dwóch kolegów.

O o o - myślę - ja ci pokażę, jaką miał fryzurę. 


Poszliśmy na cmentarz. Zerwałam kolec z głogu, nakłuliśmy palce do krwi, wymieszali krew i złożyliśmy przysięgę dotrzymać tajemnicy. Kto zdradzi, ten zaraz umrze. Jeden kolega był wysoki, wziął mnie za ręce i wpuścił do grobowca, grobowiec był otwarty. Podałam mu czaszkę i dwie kości. Zanieśliśmy do szkoły i ukryli w szopce, między papierami i poszliśmy do domu. 

Na drugi dzień, podczas długiej przerwy, wszyscy wyszli z klasy, a my do dzieła. Koledzy stali na czatach, a ja przyniosłam do klasy czaszkę i ustawiłam na stoliku Pani. Potem jak gdyby nigdy nic pobiegłam na podwórko grać w klasy . 

Koniec przerwy - wchodzę do klasy, Pani już jest. Jak to zobaczyła, narobiła krzyku. 

ALARM - wzywa Dyrektora, wszystkich nauczycieli. Dyrektor zrobił nam zbiórkę na korytarzu.
- Kto to zrobił? Wystąp.

Nie ma winnego. Rozkaz, jak tu stoicie, wszyscy do domu po rodziców. Przyszłam do domu, mama zdziwiona. Mówię, tato musi przyjśc do szkoły, jak nie przyjdzie to nie przejdę do następnej klasy. Ojciec zostawił swoje zajęcia, idziemy. Przychodzimy, jest już paru rodziców. Dyrektor przedstawia rodzicom co się wydarzyło. Nie ma winnego. Po naradzie postanowili, odnieśc kości tam gdzie były. Jesteśmy na cmentarzu, dyrektor pyta, kto wie gdzie te kości były, ja pokazuję. Antek wskoczył do grobu , ja pokazuję w który miejscu stała czaszka. Koniec. Rodzice pozasuwali płyty, przykryli grobowce. Całej klasie obniżono ocenę ze sprawowania.

Idziemy do domu. Tato wziął mnie za rękę. Pyta - może wiesz kto to zrobił? Ty jesteś dobrym dzieckiem, tego byś nie zrobiła. 
- Nie wiem. 

Tłumaczy mi, jakie to jest zło, jaki ciężki grzech. Cmentarz jest miejscem świętym.
- Ty jesteś dobrym dzieckiem - powtarza - tego byś nie zrobiła, ale może wiesz czyja to robota.
- Nie wiem. 

Przychodzimy do domu. Mama pyta co się stało.Tato w skrócie opowiedział co i jak. Mama jak zaczęła krzyczeć - takiemu bachorowi to ręce poobcinać! 

Ojciec spojrzał na mamę, mówi: Helena molim te szuti - w domu rozmawiali po jugosłowiańsku. Spojrzeli na siebie, oczami pomrugali, cisza. Zjedliśmy obiad, każdy poszedł do swych zajęć. 

Wieczorem po kolacji Tato pyta; 

- I co dalej nie wiesz, kto to zrobił? Stało się coś strasznego, ktoś musi ponieść za to pokutę. Nie ma winnego, wiec myślę, ty będziesz codziennie wieczorem, w obecności dorosłych, klękać tu w kuchni i odmawiać oprócz wieczornej modlitwy, dodatkowo Ojcze nasz, Zdrowaś Mario, Wieczne odpoczywanie - za tego zmarłego.

- Przez cały rok - dodał po chwili namysłu - ale to nie koniec, każdego roku na Wszystkich Świętych, do czasu aż się znajdzie winny, będziesz zapalać świecę na tym grobie. 

Wystraszona zgodziłam się. 

- A teraz klękaj do modlitwy. 

Jest niedziela, idziemy do kościoła, ksiądz już wie co się stało. Odprawia mszę, za tego zmarłego, którego naruszono kości. Na kazaniu miesza nas z ziemią, krzyczy. Winnego nie ma. 
Ojciec bardzo mnie pilnował, czy odmawiam zadaną pokutę, potrafił ze snu obudzić, kazał klękać i modlić się. A na dzień Wszystkich Świętych sprawdzał czy zapaliłam świeczkę, którą miałam kupić za swoje pieniądze. 

I tak trwało to przez całe lata. Już byłam babcią. Ojciec ciężko zachorował. Jest w klinice po przeszczepie rozrusznika serca. Pojechałam do niego. Na tym oddziale odwiedzin nie ma, ale jakoś udało się - wpuścili mnie. Wchodzę, po powitaniu tato mówi - jak dobrze, że jesteś. Mam ci coś ważnego do powiedzenia. 
Słucham, cisza. 
- Ja wiem, kto tę czaszkę przyniósł do szkoły, pamiętasz? 
Tak pamiętam. Zaskoczona pytam:  kto Ci powiedział?.
- Ty.
- Jak to ja? Ja nikomu nic nie mówiłam.
- Tak ty. Pamiętasz, jak staliśmy na cmentarzu? Dyrektor zapytał, który to był grobowiec. A ty wskazałaś - jak Antek wszedł do grobowca - aby ułożyć kości. Ty pokazywałaś jak były ułożone przed wyjęciem. Byłem pewny, że w tym uczestniczyłaś.

- Powiedz mi, kto ci w tym pomagał? Sama tego nie dała byś rady zrobić.

- Felek syn sąsiada, starszy o 5 lat i Antek, któremu podpowiadałam.

Opowiedziałam ojcu, co było powodem podjęcia tak okrutnej decyzji. Ojciec wziął mnie za rękę ucałował.

- Zrobiłaś coś strasznego, czasu nie cofniemy, tego nie da się wymazać. Ale dumny jestem z tego, że potrafiłaś dochować tajemnicy. 

Nie wiem czy powiedział o tym mamie, czy zabrał tajemnicę do grobu. Mama nigdy o tym nie wspominała. 


znicz mrugaj,acy.gif


I tak dzisiaj, wróciłam z cmentarza, postanowiłam dokonać spowiedzi, ujawnić moją tajemnicę. Koledzy już nie żyją. A krzyż pokutny będę dźwigać dalej i pod krzyżem, każdego roku, zapalać światełko pamięci.

Janina Korol

sobota, 29 listopada 2014

Międzynarodowe zawody pływackie Katowice 2014


Dzwoni budzik, za oknem jeszcze ciemna noc, zapalam światło godz.4. Siostra też już wybudzona ze snu. Koniec spania, musimy działać szybko według planu. Zaglądam w zapakowany bagaż, strój jest, ręczniki są, okulary są, klapki basenowe są, to najważniejsze. Kanapki na drogę zrobione wieczorem, wystarczy tylko wyjąć z lodówki. Byle nie zapomnieć ich zabrać. Łyk gorącej herbaty, pospieszne ubieranie i w drogę.

Zimne powietrze wybudza nas już kompletnie, ulica pusta, idziemy dość szybko na miejsce spotkania. Grupa już na nas czekała, wsiadamy do busa. Wyjazd godz.5 do Katowic na Zimowe Otwarte Mistrzostwa Polski w Pływaniu Kategorii Masters.

Nasza grupa liczy 7 zawodników. Może i mało, zważywszy na fakt, że do Katowic przyjechało 587 zawodników z 102 klubów sportowych. Reprezentanci z 8 krajów.



Dobry humor nas jednak nie opuszczał a droga minęła szybko. Na miejscu pobraliśmy identyfikatory oraz koszulki, napoje izotoniczne. Udaliśmy się na halę basenową, żeby zorganizować dobre miejsce dla naszej grupy. Zawodników przybywało, galeria się zapełniała. Co chwilę rozpoznawaliśmy znajome twarze. Powitaniom, pocałunkom i przytulaniom nie było końca. Z niektórymi osobami, z różnych miast Polski, spotykamy się prawie na każdych zawodach.


Do koleżanki z Gdyni powiedziałam nawet, że „spotykam się częściej z wami niż z rodziną” a ona na to, że „przecież my jesteśmy taką rodziną pływacką”. Coś w tym jednak jest...

W sobotę było uroczyste otwarcie,wciągnięcie flagi na maszt hymn państwowy. defilada po 2 reprezentantów z każdego klubu, szpaler sędziów. Bardzo lubię te chwile, też się czuję sportowcem, nie myślę o latach, w każdym wieku można nim być i się realizować.



W sobotę czekał nas jeszcze wieczorek integracyjny, zastanawiałam się jak to przeżyje razem z siostrą. Towarzystwo bardzo wesołe kawały, śmiech, do tego żołądkowa gorzka sprawiły, że nie odczuwało się dużego zmęczenia, czas zleciał bardzo szybko.



Kładąc się spać, otworzyłam na cała szerokość okno i mówię do siostry”chwile się dotlenimy to szybko zaśniemy” nie pomyślałam tylko o jednym, że możemy szybciej zasnąć niż się dotlenimy. Siostra w nocy obudziła się zmarznięta. Okno otwarte na całą szerokość spowodowało, że w pokoju było jak w lodówce. Na szczęście jesteśmy zahartowane, nawet katar nas nie dopadł !!!


W niedzielę o godz 8 rozgrzewka, ostatni start o godz 10 i właściwie zawody już miałam zakończone. Obiad na stołówce studenckiej, pożegnanie się ze znajomymi. Uścisków i pocałunków znowu nie było końca.


Trzy dni zawodów minęły jak z bicza strzelił. Miałam 6 startów. Liczyłam na dwa medale, ale niespodziewanie zdobyłam 3. I to trzy srebrne !!!! Płynęłam 100 zmiennym, 50 motylkiem i 100 kraulem.


Moja siostra w starszej kategorii zdobyła też trzy medale, tylko o innym kolorze :) Trzy brązowe. Muszę przyznać, że na 200 żabką ona była lepsza ode mnie o 48 setnych sekundy! W stylu żabka mało kiedy ją pokonałam.

Każdy z pływaków ma swój ulubiony styl, który mu leży. Moim jest motyl, córka mówi że płynę jak delfin i foczka jednocześnie. 

Z medali bardzo się cieszymy, ale najistotniejszy jest czas, który osiągamy. Największy sukces jest wtedy gdy poprawiamy czas, z zwodów na zawody.

Szybko wyjechaliśmy do domu, każdy chciał zdążyć na wybory. W busie zmęczenie już dało się we znaki. Większość z nas po prostu zasnęła. Nareszcie w domu! Rozwieszam mokre stroje, ręczniki i mówię do siostry: ”dzisiaj to już na wodę patrzeć nie mogę, chyba nawet zębów nie umyję”. Ale tak po cichutku się zastanawiam, kiedy znowu wyruszę na następne zawody ….
autor: Zdzisława Pachom