wtorek, 29 lipca 2014

Miasto ruin i zgliszcz cz. 2


Bliskie sąsiedztwo Rynku - ul. 1 Maja - od strony Zacisza. Tych kamienic już nie ma, zastąpiły je domy z tzw. nowego budownictwa. Ciąg ulic i zbudowane przy nich budynki kompleksowo uporządkowały w sensie architektonicznym tę część miasta.





To ciągle fragmenty Rynku - trudne do rozpoznania, chociaż po pierwszych próbach uporządkowania przejść chodnikowych. Seria najstarszych fotografii.





Ulica Bolesława Prusa w roku 1947. Masowa akcja odgruzowywania przy wykorzystywaniu prymitywnych narzędzi /łopat/ i własnej tężyzny fizycznej setek ludzi zdolnych do olbrzymiego wysiłku, lokalnych patriotów, którzy związali z tym miastem swoje przyszłe losy.





Zrujnowane otoczenie tzw. kościoła ewangelickiego, dziś świątyni pod wezwaniem Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Gruz został już usunięty i wywieziony poza miasto, pozostały do rozbiórki resztki zrujnowanych kamienic.




 Nie szczędzili swoich sił młodzi ludzie, służbę społeczną traktując jak wielką życiową przygodę. Charakterystyczny krajobraz odgruzowywania Rynku i przyległych ulic z prowizoryczną kolejką szynową, po której jeździły górnicze wózki-koleby /wywrotki/ załadowane gruzem ze zburzonych kamienic.





Ten sam pomysł racjonalizatorski w innym ujęciu i z inną grupą mieszkańców uprzątających gruzowisko. Potwierdza się powiedzenie, że potrzeba jest matką wynalazków.




Także zaprzęg konny spełniał nieocenioną rolę w porządkowaniu miasta i wywozie gruzu.





Grupa młodzieży na wielkiej hałdzie kamiennego rumowiska. Tutaj pozuje do zbiorowej pamiątkowej fotografii, za chwilę przystąpi do pracy ponad siły, bez liczenia czasu i bez względu na zmęczenie. To spontanicznych zryw młodych na apel Ojczyzny.




A to inna grupa młodzieży i dorosłych zaangażowanych w czynie społecznym dla swojego miasta i Polski.





Wielki wkład w dzieło odgruzowania i porządkowania po wojnie Bolesławca wniosło Wojsko Polskie . Młodzi chłopcy w mundurach podejmowali się najtrudniejszych, a często też niebezpiecznych zadań. Zapisali w swoich biografiach piękne karty działań pro publico bono.





Żołnierze karabiny zamienili na łopaty. Ten rodzaj służby też zasługuje na szacunek i najwyższe uznanie. Dziś o ich trudzie zaświadczają nazwy niektórych ulic, np. Wojska Polskiego czy II Armii WP z kamiennym pomnikiem ku czci bohaterów wojennych.





Fotografia ilustruje masowy udział wojska w przywracaniu do życia naszego miasta.





Paradne mundury polowe, tradycyjne rogatywki i lśniące pastą buty, wiązanka kwiatów w dłoniach żołnierza - to już symbol naszej Polski na Ziemiach Odzyskanych w zrujnowanym, ale wracającym do życia Bolesławcu.




Puste oczodoły okien budynków, ale już sporo ludzi na ulicy z wojskowym na pierwszym planie. To już polskie miasto i polskie życie, preludium do patriotycznej uroczystości pod gołym niebem związanej z przyjazdem ważnych gości. Jakich? Niestety, tego faktu fotograf nie nazwał.




Gra orkiestra wojskowa, nastrój świąteczny. Tylko w tle straszą mury zniszczonych kamienic. Tak będzie jeszcze przez kilka lat.




A to już uroczystość w Rynku, na którą przybyli chyba prawie wszyscy mieszkańcy grodu nad Bobrem. Zrujnowane kamienice nie pozwalają zapomnieć koszmaru okrutnej wojny. A jednak odradza się uparcie nowe życie miasta. Polskie życie.

autor: Paweł Śliwko
zdjęcia ze zbiorów autora

piątek, 18 lipca 2014

Miasto ruin i zgliszcz w fotografii Alojzego Skorupy

Dziś trudno uwierzyć, że Bolesławiec to zupełnie nowe - niemal w całości - miasto, które zostało w swojej zabytkowej części pieczołowicie odrestaurowane i rozbudowane. Zachwyca każdego przybysza swoim niepowtarzalnym urokiem, kompleksowym uporządkowaniem architektonicznym i odtworzeniem terenów zielonych wg. historycznych wzorców. Swoją “drugą młodość” przeżywa po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej, co umożliwiło napływ i racjonalne wykorzystanie olbrzymich środków finansowych na rewitalizację istniejących obiektów i kolejne inwestycje.

W szkolnej kronice Szkoły Podstawowej Nr 8 /dziś Miejski Zespół Szkół Nr 3/ jako ówczesny dyrektor szkoły odnotowałem pod datą 26 czerwca 1986 roku fakt przekazania do muzealnych zbiorów Izby Pamięci kilkudziesięciu bezcennych fotografii wykonanych głównie przez jedynego w tym czasie w nadbobrzańskim grodzie fotografa Alojzego Skorupę. Ich unikatowa wartość wynika z faktu, że są autentycznym dokumentem ilustrującym stan rzeczy głównie z roku 1946 i kilku następnych lat. Wcześniej fotografował ruiny i uśpione życie miasta brat pana Alojzego, Rudolf, który wyjechał w głąb Polski, rezygnując z osiedlenia się na terenie niebezpiecznych wówczas Ziem Odzyskanych. Alojzy Skorupa został więc uniwersalnym kronikarzem faktów i zdarzeń, które pozwoliły miastu zasłynąć - nie tylko urodą, ale przede wszystkim wszechstronnym dorobkiem w skali ogólnokrajowej.
Dzieło odbudowy nadbobrzańskiego grodu trzeba było rozpoczynać od punktu zerowego. Dziś trudno uwierzyć, że historyczne kamieniczki Starówki doszczętnie strawił ogień.

Okrutne ślady wojny i dzieło szabrowników
Alojzy Skorupa był człowiekiem wyjątkowym i godnym najwyższego szacunku, bezinteresownym społecznikiem i życzliwym ludziom mecenasem. Swoje usługi nierzadko wykonywał bezpłatnie ze współczucia dla ludzkiej biedy i w odruchu humanitarnej solidarności. To był człowiek noszący serce na dłoni, cieszący się powszechnym szacunkiem i uznaniem. Moje szkoły - najpierw “Czwórka”, a potem “Ósemka” zawsze mogły liczyć na jego pomoc i tak było od początku naszej przyjaźni. Jemu zawdzięczały utrwalenie na taśmie fotograficznej najważniejszych epizodów w swoich dziejach, podobnie jak całe nasze miasto, które szczerze ukochał i stał się piewcą jego urody i kronikarzem dziejów. Dzięki swojej pasji i zaangażowaniu ocalił od zapomnienia historię grodu nad Bobrem.

Po moim odejściu na emeryturę zgromadzone w szkolnych muzeach skarby uległy rozproszeniu i zniszczeniu. To już strata bezpowrotna i nie chcę wracać do tej kwestii (zainteresowani znajdą uwagi na ten temat w blogu “Szkoła sercem malowana” http://pawelsliwko.blogspot.com/). Ocalenie resztek zbiorów muzealnych byłej “Ósemki” zawdzięczam zainteresowaniu i życzliwości pani Dyrektor Gimnazjum Samorządowego Nr 3 mgr Irenie Sikora Kołodyńskiej, która talent pedagoga łączy w sobie z walorami człowieka myślącego, dzięki czemu historyczne fotografie trafiły na krótko do mojej obróbki komputerowej z możliwością upowszechnienia wiedzy o powojennych dziejach miasta bez zafałszowań i pokusy upiększania rzeczywistości. Tak powstał ten fotoreportaż, który obnaża brutalną grozę skutków wojny i pokazuje patriotyzm czystej wody. Uzupełnieniem są oszczędne w słowach “wstawki”, w których nie silę się na oryginalność, za to cytuję kilka dosłownych wypowiedzi autentycznych pionierów, którzy byli w Bolesławcu pierwszymi osadnikami.

Ślady wojny i zbrodniczego zdziczenia
Zapisy pochodzą ze skromnego w objętości i szacie graficznej pierwszego w grodzie nad Bobrem turystycznego przewodnika zatytułowanego “Bolesławiec i okolice”, którego byłem głównym autorem. Krótki tekst na temat historii miasta opracował znany i zasłużony architekt Janusz Bachmiński, do mnie należał tekst reszty wydawnictwa w rozdziałach: “Dorobek XX-lecia”, “Spacerkiem po Bolesławcu”, “Dalsze wycieczki z Bolesławca”, “Nowogrodziec”’ “Gościszów”’ “Zamczysko na bazaltowym kopcu - Grodziec”, “W starym zamku i nad wodospadem w Kliczkowie”, “Bory Dolnośląskie”.

W składzie zespołu redakcyjnego znaleźli się : Janusz Bachmiński, Włodzimierz Kowalski, Jerzy Szymkowiak, Paweł Śliwko, Aleksander Widlarz, Henryk Wawrzynowicz. Rok wydania - 1965. Na zlecenie Prezydium Powiatowej Rady Narodowej, z fundacji Prezydium Miejskiej Rady Narodowej wydaje Zarząd Oddziału Polskiego Towarzystwa Turystyczno - Krajoznawczego w Bolesławcu. Zdjęcia - Alojzy Skorupa i Sergiusz Radziejewski, opracowanie graficzne - Mieczysław Żołądź (okładka zewnętrzna z linorytem przedstawiającym Ratusz Miejski i herb Bolesławca oraz rozkładana okładka z planem miasta i szkicem okolic Bolesławca w formie dwubarwnego linorytu).

Jeszcze jedno spojrzenie fotografa na bolesławiecki Rynek. To już stadium częściowego odgruzowania. Ruiny kamienic pozostały.

Pospolite ruszenie mieszkańców przy odgruzowywaniu miasta. Wszystko było wielką prowizorką, improwizacją, nikt nie liczył czasu pracy i rozmiarów wspólnego trudu. To był patriotyczny obowiązek. W gruzach wyrastały pierwsze prymitywne sklepy. Na fotografii widać szyld pierwszej polskiej galanterii.


Pesymiści nie wierzyli w powrót do normalności. Przewagę mieli na szczęście poobijani wojennymi doświadczeniami optymiści i to oni mieli rację. Bolesławiec wracał do życia i odradzał się jak symboliczny feniks z popiołu …


Młodzi i starzy pchają po szynach górnicze wózki wyładowane gruzem. W żołnierskim mundurze pcha wózek zdobywca Berlina, fryzjer z zawodu, Michał Bigosiński

Ciekawa i symboliczna niejako fotografia ; 
ocalały z pożogi wojennej Kościół 
Ocalały z pożogi wojennej Kościół /dziś Bazylika Mniejsza/, w którym pełnił swoją posługę nieodżałowanej pamięci wspaniały pasterz ksiądz prałat Władysław Rączka /na mój wniosek jako radnego wyróżniony zaszczytnym tytułem “Honorowy Obywatel Bolesławca”/ Zrujnowana kamienica u wylotu z ulicy Prusa na Rynek została odbudowana, nie ma natomiast dwóch budynków zamykających kompozycję urbanistyczną Rynku /m.in. mieścił się tu hotel i restauracja/. Do dzisiaj toczy się nierozstrzygnięty spór zwolenników i przeciwników powrotu do pierwotnego stanu zabudowy tej części placu.
Na zakończenie pierwszej części prezentacji przytoczę fragment wypowiedzi pierwszej polskiej nauczycielki w Bolesławcu - Stefanii Tajcher.
“Miasta właściwie nie było. Sczerniałe elewacje zdruzgotanych kamienic niczym ospa znaczyły wyrwy powstałe po karabinowych czy innych pociskach. Czarne oczodoły wypalonych okien wprowadzały nastrój grozy, stosy skręconego żelastwa i cegieł, kamieni, jakichś rupieci sięgały pierwszego piętra. Przejście przez ten chaos gruzu wymagało ekwilibrystycznych umiejętności. Ponure, wymarłe miasto wieczorem tonęło w egipskich ciemnościach. Brakowało gazu, światła, żywności”.
autor: Paweł Śliwko
zdjęcia z prywatnych zbiorów autora

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Logarska Dolina

Lubię zwiedzać świat i cieszyć się życiem. Jestem ciekawa wszystkiego co nowe i chociaż zdrowie nie dopisuje, to każda podróż jest dla mnie niezwykła. Wiedza o życiu i mieszkańcach innego kraju rozwija moją wyobraźnię. Podróże uczą otwartości na inne kultury, tolerancji, języka, poszerzają znacznie horyzonty. Wyjazd do rodziny najczęściej połączony jest z wypoczynkiem i zwiedzaniem, poznawaniem wielu ciekawych miejsc, co jest bardzo przyjemne.
Słowenia, jedno z najmniejszych państw naszego kontynentu, zwana także Europą w miniaturze, oczarowuje pięknymi krajobrazami. Logarska Dolina słynie jako jedna z najładniejszych dolin polodowcowych w Europie. Jest położona w Alpach Kamnicko-Sawińskich w północnej Słowenii i ciągnie się przeszło 7 km. Dostać się tam można dość wąską drogą z bardzo ostrymi zakrętami sięgającymi nieraz 180 stopni, o czym wcześniej nie wiedziałam. Z utęsknieniem wyczekiwałam kiedy to się skończy.
Dno doliny, którą wije się malowniczy szlak turystyczny, otoczone jest przez imponujące szczyty górskie(największy 2300 metrów n.p.m.) Na terenie doliny znajduje się wiele atrakcji przyrodniczych. Można tu spotkać liczne wodospady( ponad 40), polodowcowe skały, czy jaskinie. Dolina Logarska została objęta chronionym parkiem krajobrazowym. Za wjazd pobierana jest opłata. Jest to spokojna, piękna okolica z gospodarstwami agroturystycznymi, z wieloma atrakcjami dla turystyki pieszej, rowerowej czy jazdy konnej.
W górach jest tyle piękna, że trudno to zrozumieć. Gdy się przed nimi stanie, są takie cudowne, pełne dostojeństwa i powagi. Imponują wielkością i okazałością. Jestem świadoma ich żywotności, szumu wodospadów, różnych subtelnych odgłosów natury - szelestu liści na wietrze, spadających kropli deszczu, . W takim otoczeniu jesteśmy wyciszeni i potrafimy dostrzec rzeczy, które wcześniej się nie dostrzegało. Warto zwolnić, wszystko co nas otacza wyzwala wtedy zachwyt i jest niepojęte. Nie jesteśmy bowiem oddzieleni od natury.



autor: Genowefa Krzemińska

piątek, 27 czerwca 2014

Spływ kajakowy Szlakiem konwaliowym 14-15.06.2014



W pewien piękny, czerwcowy weekend nasza zwarta ekipa seniorów wybrała się na spływ kajakowy Szlakiem konwaliowym. Baza wypadowa  wyprawy była u „basenowej” koleżanki, która w Osłoninie ma domek letniskowy na jeziorem Wieleńskim.
Po wypiciu kawy i skonsumowaniu energetycznego ciasta grupa kajakowa w liczbie 20 osób (seniorów) udała się na przystań, gdzie czekały na nią wcześniej zamówione kajaki. Wyznaczoną na mapie trasę trener konsultował z panem,  który wypożyczał nam kajaki. Trasa  zaznaczona na mapie wynosiła 15 km.  Pan wypożyczający kajaki patrząc na trasę, z niedowierzaniem spojrzał na grupę, mając w oczach pytanie, czy aby na pewno, ta zwarta grupa poradzi sobie z takim przedsięwzięciem?  Nasz  trener śmiejąc się powiedział, że damy radę!  Pan jeszcze nie wie co potrafi ta grupa!
   
Pogoda była wspaniała, po krótkiej odprawie i pouczeń przez trenera każda para po kolei wypływała na jezioro.

Do pokonania mieliśmy jeziora: Wieleńskie, Trzytoniowe, Breńskie, Białe oraz jezioro Miałkie i Małe. Początek wyprawy był bardzo wesoły, każdy z zapałem wiosłował, podziwiał przepiękne widoki oglądał w pełni rozkwitu roślinność wodną: grążel żółty czy  białe jak śnieg nenufary. Jeziora połączone były kanałami gęsto porośniętymi trzciną. Niestety, z godziny na godzinę,  na podziwianie przyrody oraz widoków jakie mnie otaczały, nie miałam za wiele czasu,  z moją starszą koleżanka  musiałyśmy dość mocno wiosłować, żeby nie odłączyć się od grupy. Najtrudniej było nam utrzymać kajak we właściwym kierunku, czasami nie wiadomo dlaczego, ale zupełnie jakby nie chciał nas słuchać i płynął nie w tym kierunku, który obrałyśmy!
Ala jakoś dawałyśmy radę, płynąc przez kolejne jeziora. Ponoć poważne wyzwanie dla kajakarzy  stanowi Jez. Miałkie,  o czym dowiedziałam się dopiero po przepłynięciu przez to jezioro. Jest ono niezmiernie płytkie i w okresie letnim utrudnia posuwanie się do przodu. Dlatego nasz trener kazał płynąć wzdłuż jego prawego brzegu. Na tym jeziorze  nie czułam się  komfortowo, brzydki zapach odstraszał a zamiast wody - muł, który napawał lękiem.

Szlak prowadził przez jeziora i kanały. W drodze powrotnej już w ogóle nie zachwycałam się otaczającą przyrodą, kwiatami czy ptactwem wodnym. Jedynym moim  celem było  płynąć i dopłynąć! Na szczęście dobry humor nas nie opuszczał. Wpływając już na jezioro Wieleńskie,  zobaczyłyśmy przystań  i postanowiłyśmy jak najszybciej się na niej znaleźć. Zapragnęłyśmy w linii prostej pokonać ten odcinek drogi! I to był niestety nasz największy błąd. Spychało nas mocno na środek jeziora. Ledwo dawałyśmy radę. Reszta grupy, zgodnie ze wskazówkami trenera, płynęła brzegiem, drogę mieli dłuższą  ale  nie spychało ich z nadanego kierunku. Muszę powiedzieć, że trochę mnie strach obleciał, tym bardziej, że zrobiła się dość duża fala. Cała grupa czekała na mnie i moją towarzyszkę na brzegu, w końcu dopłynęłyśmy. Umęczone wyszłyśmy na przystań. Trener dolał oliwy do ognia stwierdzeniem, że  zmienił plany w trakcie pływania i dołożył jeszcze 5 km, bo świetnie dawaliśmy sobie radę! Nawet się nie odezwałam.


Na szczęście w Osłoninie czekała na nas kolacja. Zastanawiałam się czy widelec będę w stanie do ust podnieść. Gdy czoło mnie zaswędziało poprosiłam koleżankę, żeby mnie podrapała. Śmiechu był co niemiara. Umęczona, ale szczęśliwa. Na razie nie chcę słyszeć o następnym spływie kajakowym …






autor: Zdzisława Pachom

wtorek, 10 czerwca 2014

Damska suknia, a sprawa polska!



Sylwetka damy zmienia się wraz z biegiem czasu, stając się coraz bardziej rozbudowana w ramionach, przez ogromne rękawy wszyte bardzo nisko, co podkreślało spadziste ramiona. Takie rękawy, na które zużywano wiele metrów materiału, nazywano w tym czasie udźcami cielęcymi!
Żeby nie klapnęły, podpierano je całą masą fiszbinów w okolicach łokcia. Talia ściśnięta maksymalnie gorsetem, podkreślona była szerokim pasem z dużą ozdobną klamrą, ze srebra, a nawet złota. Spódnice krótsze, bo tylko do kostek, ukazywały niewieście nóżki z skórkowych pantofelkach na płaskim obcasie. Same spódnice bardzo szerokie, pod które wkładano kilka krochmalonych halek, często przybrane były szeroką falbaną. Szczególnie strojnie szyto suknie balowe. Jedna szczególnie piękna, po prostu mnie zachwyciła. Na mięsisty i lśniący różowy atłas, narzucono czarną delikatną koronkę. Rękawy bufki do połowy przykryte były szerokimi dwiema falbanami z koronki, schodzącymi w szpic do talii. Dół spódnicy składał się z trzech szerokich falban w koronki wycinanej w duże zęby.
Zmieniła się również fryzura damy. Włosy podczesywano do góry i splatano na czubku głowy w kok, zdobiony wstążkami i piórami. Niekiedy tworzono przy twarzy pęki krótkich loków, wplatając w nie wstęgi, pióra i kwiaty. Ponieważ szerokie rękawy uniemożliwiały włożenie płaszcza, moda nakazywała noszenie wielkich peleryn i tzw. burnusów z kapturami, bez rękawów, oraz szerokie szale kaszmirowe. Po raz pierwszy w damskiej modzie, pojawiła się bluzeczka, noszona razem ze spódnicą. Panie wychodząc na ulicę, obowiązkowo wkładały budki o wysokich główkach, a do strojnych letnich sukien szerokie pasterskie kapelusze, bogato dekorowane strusimi piórami, wstążkami i kwiatami. Wiedeń zasłynął wówczas z produkcji pięknych, lekkich tkanin bawełnianych, tkanych w barwne wzory.
Mężczyźni nosili wysokie cylindry, długie żakiety z wysokimi kołnierzami z aksamitu i koszule z krochmalonymi kołnierzykami zachodzącymi pod brodę. Spodnie były bardzo wąskie, buty z lakierowanymi noskami. Do tego koniecznie laska ze srebrną gałką. ( często kryjąca sztylet) Zarost golono, pozostawiając baki po obu stronach twarzy. W takim stroju chodził po Warszawie młodziutki pan Fryderyk Chopin i wtedy poznał pannę Konstancję Gładkowską ubraną w strojną toaletę. Pisał: ”ale i strój panny, biało , z różami na głowie, do twarzy prześlicznie dobrany!”
Moda z tej epoki nazywała się biedermeier. Obejmowała nie tylko ubiory, lecz również meble, dekorację salonów i przedmioty życia codziennego.
W pierwszej połowie XIX wieku, dominował błyskawiczny rozwój przemysłu maszynowego, produkowano coraz więcej różnych materiałów. Lata pięćdziesiąte wyróżniały się coraz szerszymi spódnicami, gdyż panie nie chciały zrezygnować z gorsetów i wąskiej talii. Zmieniło się uczesanie. Włosy rozdzielano przedziałkiem na środku głowy, gładko przyczesane zakrywały uszu. Warkocze upinano płasko, tworząc z tyłu głowy koszyczek lub węzeł.
Pod koniec lat pięćdziesiątych, młoda i piękna jak bogini, cesarzowa Francji Eugenia, małżonka cesarza Napoleona III, lubiąca przepych, wskrzesiła modę osiemnastowiecznych krynolin! Były to spódnice olbrzymich rozmiarów, atłasowe, białe, różowe lub w jasnych barwach pastelowych, całe naszywane drobnymi falbankami z tiulu i koronek. Z paryskiego dworu, krynoliny przyjęły się powszechnie na całym świecie, dzięki wynalazkowi tzw. stalówki, jakby klatki wykonanej z cienkich, lekkich taśm elastycznych, na które nakładano mnóstwo halek i spódnicę. Krynoliny rozpowszechniły się nie tylko wśród sfer bogatych, lecz i kobiet uboższych, nadawały bowiem nawet skromnej sukni pozory zamożności.
Staniki, jak zawsze bardzo obcisłe, przy codziennych sukienkach zapinane były z przodu stanika na drobne guziczki i wykończone małym kołnierzykiem.. Ale suknie balowe olśniewały przepychem. Duże dekolty obszywane były koronkowymi lub gazowymi bertami (falbanami) i odsłaniały całe ramiona i piersi, Przebogato zdobione haftami, falbanami, aplikacjami z koronek i tiulów, miały nieco wydłużone doły spódnic, w niewielkie treny. Krynolina skracała sylwetkę, wobec czego powróciły pantofelki na wysokim obcasie. Małe kapelusiki w chłodne dni, przybierano woalkami. W lecie noszono szerokie słomkowe pasterki z dużymi rondami przybranymi polnymi kwiatami. Pomimo niedogodności, były chyba najbardziej kobiece i malownicze stroje w dziejach kostiumologii.
W Polsce krynoliny były powszechnie noszone. Lecz tragiczne wypadki z lutego 1861 roku, kiedy to wojsko rosyjskie otworzyło ogień do manifestantów, zabijając pięciu demonstrantów, z każdej stery społecznej. Pogrzeb ofiar zamienił się w stu stutysięczną manifestację polskości, hołd oddawali nawet oficerowie rosyjscy. Wkrótce potem na Placu Zamkowym w Warszawie, doszło do masakry ludzi domagających się reform i wolności. Arcybiskup Fijałkowski, sprawujący w tym czasie rolę prymasa i głowy Kościoła polskiego, zarządził bezprecedensową na skalę światową, żałobę narodową! Kobiety polskie od służącej do księżny, schowały stroje karnawałowe, ubierając czarne krynoliny, wykończone niekiedy maleńkim białym kołnierzykiem i hebanowym krzyżem na piersi.. Złoto, klejnoty, polskie kobiety oddały na skarb narodowy. Zamiast kosztownej biżuterii, noszono krzyżyki z czarnej lawy i emblematy narodowe plecione z włosów lub czarno emaliowanego metalu. Takie krynoliny nosiły Polki przez cały czas Powstania Styczniowego i jeszcze długo potem, pomimo surowych zakazów władz carskich. Nigdy, w żadnym kraju nie noszono żałoby tak masowo, jak właśnie w Polsce. Wpłynęło to nawet na modę paryską, bowiem bardzo modne stały się tam ciemne suknie, nazywane sentymentalnie:”Łzy Polski”.
Krynoliny wyszły z użycia pod koniec lat sześćdziesiątych, wobec rozwoju komunikacji i rozbudowy miast, oraz wynalezienia maszyny do szycia, stając się anachronizmem. Koniec lat osiemdziesiątych cechują stroje z wielkimi turniurami, coraz bardziej obcisłe i do figury. Turniury stały się przedmiotem nieustannych kpin i dowcipów humorystycznych. Lekarze i higieniści występowali z odczytami, walcząc o projekty sukien zgodne z budową kobiety, tak zwane reformowane. Kobiety zaczęły odrzucać gorsety w początkach XX wieku.
Wybuch I wojny światowej w latach 1914 – 15 spowodował zasadniczy zwrot w kierunku nowej mody. Wiele kobiet zaczęło wtedy pracować zawodowo, zastępując walczących mężczyzn. W pracy ubiór musiał być wygodny i domy mody wzięły to pod uwagę Zdecydowanie już odrzucono gorsety, a stroje stały się krótsze, do pół łydki. Modne były żakiety i kostiumy zapinane pod szyję, oraz małe kapelusiki lub czapki. W Paryżu stroje kobiece upodabniały się do męskich: króciutka fryzurka, tak zwana garsonka, a do tego proste sukienki i płaszczyki sięgające tylko do kolan. Kapelusze miały głębokie dno i wyglądały jak garnki, zdobiono je kwiatami. Linia pasa sięgała bioder. Lata trzydzieste przyniosły jeszcze większą prostotę w modzie damskiej. W okresie międzywojennym zaznaczyły się trzy modne sylwetki: chłopczyca – lata dwudzieste. Smukła, wężowa sylwetka z lat 1936-38, oraz prosta sylwetka z krótką, szeroką spódnicą 1939- 46 r.
Tak oto kształtowała się przez wiele wieków moda na stroje kobiece, mająca wpływ na politykę i czasami na losy narodów. Na tym kończę mój cykl o modzie, pisany w niemałym trudzie ze względu na moje coraz bardziej chore oczy. Miłym czytelniczkom życzę, żeby zawsze miały w szafie modną kieckę. Panuje bowiem krzywdzące przekonanie, ”że każda kobieta ma dziecko geniusza, męża idiotę i nie ma się w co ubrać!”

Elżbieta Gizela Erban