piątek, 14 marca 2014

Moje szkolne wspomnienia


                                                                                               Bolesławiec 25 .02.2014 r.

                                              
                                               

           
To ja - bardzo młoda i szczęśliwa 1967
Przyjechałam na Dolny Śląsk do Bolesławca, w początkach października 1945 r. Miałam wtedy sześć lat. Ojciec, przedwojenny oficer, został przeniesiony z Rzeszowa, do RKU(Rejonowa Komenda Uzupełnień, potem WKR) w Bolesławcu, a Matka zdecydowała się przyjechać za nim. Całą gehennę kilkutygodniowej podróży z przygodami i pierwsze lata naszej bytności na Dolnym Śląsku, opisałam w opowiadaniu pt:”Oczami dziecka”, znajdującym się w internecie, pod moim nazwiskiem i tym samym tytułem.
            Do szkoły pierwszy raz zaprowadziła mnie Mama 1 września 1946 r. Była to organizowana  dopiero placówka oświatowa przy ul. Bankowej, w pobliżu dzisiejszego ronda. Nie powiem, żeby zrobiła na mnie dodatnie wrażenie, gdyż z tego co słyszałam z opowiadań Rodziców, szkoła powinna wyglądać zupełnie inaczej. Oprócz dzieci w wieku szkolnym, w klasie obecni byli także ludzie dorośli, którzy w okresie wojny nie mieli możliwości do nauki. Brakowało dosłownie wszystkiego: książek, ławek, przyborów szkolnych. Ojciec zdecydował się dać szkole zabytkowe biureczko i krzesło, żebym miała przy czym i na czym siedzieć. Wrażenia z tej pamiętnej lekcji w polskiej szkole, opisałam w wyżej wymienionym opowiadaniu: „Oczami dziecka”. Naszą pierwszą nauczycielką była pani Teicher, więźniarka obozu koncentracyjnego.
            Nie podobało mi się w tej szkole. Ku mojej wielkiej radości, zachorowałam na zapalenie oskrzeli i więcej do szkoły tego roku nie uczęszczałam. Pierwszą klasę ukończyłam w roku następnym, w nie istniejącej już Szkole Podstawowej przy ul. Armii Krajowej. W następnym roku, Rodzice przenieśli mnie do mej ukochanej „jedenastolatki” przy ówczesnej ulicy Leningradzkiej, obecnie Tyrankiewiczów.  To właśnie z tej szkoły zachowały się moje najmilsze wspomnienia.
            Mieliśmy wspaniałych przedwojennych pedagogów, którzy przekazywali nam swą wiedzę, w sposób niezupełnie zgodny z wymogami tamtych czasów.  Trzeba tu wspomnieć, że były to lata wzmagającego się terroru epoki stalinizmu, prześladowania żołnierzy Armii Krajowej i nacisku, by wychowywać dzieci i młodzież w duchu ateizmu i uwielbienia dla Związku Radzieckiego oraz  „Słoneczka narodów, Stalina”. Zaczęła się zacięta walka o zdjęcie ze ścian klas szkolnych krzyża i na to miejsce powieszenie portretów Bieruta i Stalina.
            Nauczyciele, zawsze po wejściu do klasy, odmawiali z nami modlitwę do Ducha Świętego, patrząc na krzyż. Kiedy władze oświatowe poleciły zdjąć symbole wiary ze ściany, cała klasa zgodnie odwracała się od wiszących portretów plecami i odmawiała pacierze wpatrzona w okna. Przez jakiś czas trwała zajadła i cicha walka pedagogów i uczniów, z władzami oświatowymi o ten nieszczęsny krzyż. Do szkoły przychodziła komisja z Kuratorium, by sprawdzić, czy przypadkiem krzyże nie wiszą w klasie. Wisiały, ale dyrekcja dostawała z Kuratorium „cynk” i krzyże błyskawicznie znikały, ukryte w mieszkaniu dozorczyni. Potem pojawiały się znowu, ale już tylko na katedrach nauczycielskich w czasie modlitwy, przed i po lekcjach. Po zawiązaniu się w szkole organizacji ZMP, krzyże zniknęły, a my zamiast modlitwy, wyśpiewywaliśmy po przyjściu do szkoły hymn:” Naprzód młodzieży świata”.
            Nie były to dobre czasy ani dla uczniów, ani dla nauczycieli. Ale miały również i dodatnie strony. Każde dziecko, niezależnie od sytuacji materialnej rodziców, codziennie otrzymywało w klasie darmowe śniadanie. Dwie grube kromki chleba z masłem, smalcem i wędliną lub rybą, oraz jakiś owoc – jabłko, gruszkę czy śliwki, zależnie od pory roku. Codziennie była kawa z mlekiem, lub gorące mleko, obowiązkowo dostawaliśmy tran. W szkole była stała higienistka, dentysta (pani dr. Dymitryjewska), a raz w miesiącu przychodził lekarz i badał nas.
            Trzeba pamiętać, że to wszystko otrzymywaliśmy zaledwie kilka lat po straszliwej wojnie, a Polska  znajdowała się wtedy dosłownie w ruinach i biedzie. Zresztą nie tylko Polska borykała się z trudnościami, bo na przykład w Wielkiej Brytanii, wszystkie towary były reglamentowane i na kartki, a cukierki bez kartek, dzieci angielskie mogły kupić dopiero w roku 1953, z okazji koronacji królowej Elżbiety II!
            Z prawdziwym sentymentem wspominam moich nauczycieli, państwa Tyrankiewiczów, którzy pozostawili po sobie fundację, działającą po dzisiejsze czasy. Wychowawczynią naszej klasy - bo piszę teraz o klasie trzeciej - była Pani Wiktoria Gałkiewicz, matka mej serdecznej przyjaciółki, mieszkająca vis-a-vis naszego domu. Pani i pan Gałkiewicz byli nauczycielami z czasów przedwojennych, a pochodzili w kresów wschodnich. Przekazywali nam wiedzę w sposób uczciwy i rzetelny, nauczając na przykład dokładnie historii Polski. Jeszcze dziś, po wielu dekadach, potrafię bezbłędnie wymienić wszystkich królów, łącznie z książętami, z  czasów Polski dzielnicowej. Od tego czasu  minęły 64 lata, i niestety zapomniałam nazwisk wielu naszych nauczycieli, którzy w tym okrutnym czasie starali się uczynić z nas dobrych Polaków.
            Szkoła cieszyła się wtedy wielkim autorytetem, a pani czy pan wychowawca, byli pierwszymi po Bogu, a ich słowo prawem. Zresztą w większości byli to pedagodzy z powołania. Utrzymywali ze swoimi uczniami kontakt nie tylko na lekcjach, ale gdy ktoś z nas zachorował, przychodzili do domów, zawsze interesując się nami.
            W latach 1948-49, wśród młodzieży gimnazjalnej zaczęto zakładać tajne organizacje antykomunistyczne, nawet paramilitarne. Pamiętam, że we Wrocławiu i w Krakowie, odbyły się wtedy głośne procesy młodzieży szkolnej zrzeszonej w takich organizacjach. Wyroki były straszne – kara śmierci! W naszej szkole uczniowie z klas przed i maturalnych raczej się z nami nie stykali, mając sale wykładowe na najwyższym pietrze. Widywaliśmy się tylko na jakichś akademiach, lub mijaliśmy się na korytarzach. Dla nas, trzecioklasistów, byli to już ludzie dorośli i tak się zresztą zachowywali, bez porównania inaczej niż dzisiejsi nastolatkowie.
            Inne były wtedy również szkoły. Z wybiciem godziny ósmej, bramy szkoły zamykano na klucz i wyjść można było jedynie, po uzyskaniu przepustki od samego dyrektora! Na przerwach bawiliśmy się w lecie na podwórzu szkolnym, pod bacznym okiem dyżurujących nauczycieli, a w zimie biegaliśmy swobodnie po długich korytarzach, lub ćwiczyliśmy w sali gimnastycznej, ale bez wielkiego wrzasku, bo belfer miał na nas oko!
            Przypominam sobie z tych właśnie lat, pewne dramatyczne wydarzenie.
            To chyba była lekcja matematyki, nie pamiętam dokładnie. Nasza klasa znajdowała się na parterze gmachu. Drzwi sal lekcyjnych nie miały szyb na korytarz i siedząc w klasie, nie widzieliśmy, co się w szkole dzieje. Pani Gałkiewicz właśnie stała przy tablicy i coś na niej pisała. W pewnej chwili, uchyliły się drzwi i do klasy wsunęła się dozorczyni. Podeszła do pani Gałkiewicz i coś szepnęła jej do ucha. Nauczycielka pobladła i spostrzegliśmy, że bardzo się zdenerwowała. Dozorczyni wyszła, a pani Gałkiewicz przerwała lekcję i powiedziała, żebyśmy w ciszy wyszli z klasy i ustawili się na korytarzu przy schodach. 
            Otwierały się drzwi kolejnych klas i po krótkim czasie, w korytarzu stali wszyscy uczniowie niższych klas, razem ze swoimi wykładowcami. Nie mieliśmy pojęcia, co się dzieje, ale przeczuwaliśmy, że stało się coś bardzo złego i staliśmy w absolutnym milczeniu, czekając na rozwój wypadków. Jeden z nauczycieli pobiegł na piętro do gabinetu dyrektora, żeby zasięgnąć informacji. Okazało się, że w gabinecie siedziało kilku mężczyzn rozmawiając z dyrektorem, bardzo bladym i mówiącym podniesionym tonem, co mu się raczej nie zdarzało. Po chwili mężczyźni wyszli z gabinetu i po schodach weszli na wyższe piętro, gdzie mieściły się klasy  maturalne. Nie widzieliśmy tego, ale mężczyźni widocznie weszli do jednej z klas, bo zaraz wyprowadzili kilku młodych chłopców. Uczniowie  z wyższych klas także wyszli i po schodach zeszli na parter, ustawiając się obok nas. Cała szkoła stała w korytarzu w komplecie, razem z nauczycielami i dyrektorem.         Odbyło się to tak szybko, że zanim mężczyźni zeszli na parter, myśmy ustawili się w szpaler, którym musieli przejść.
            Zrozumieliśmy, ze jesteśmy świadkami aresztowania kilku uczniów przez Urząd Bezpieczeństwa, osławione UB! Pamiętam, że aresztowani chłopcy szli godnie, z podniesionymi głowami, chociaż musieli się bać, wiedząc co ich czeka. Nie wiem, jak się nazywali, bo  sprawę utajniono. Widząc nas na korytarzu, jeden z ubowców warknął do dyrektora, żebyśmy natychmiast weszli do klas.
            Ale dyrektor wcale się nie odezwał, a my staliśmy tak długo, aż aresztowani chłopcy, brutalnie popychani, wsiedli do auta i odjechali. Dopiero wtedy wróciliśmy na swoje miejsca. Nauczycielka odmówiła z nami modlitwę i kazała rozejść się do domów. Tego dnia lekcji już nie było. Nigdy się nie dowiedziałam, kogo aresztowano i co się z tymi chłopcami stało.
            Pierwszą dwóję oberwałam w piątej klasie z języka rosyjskiego, bo zamiast dwieri, powiedziałam drwi! Następną dwóję zafasowałam od przewodniczącego ZMP, wykładającego nam biologię, za bardzo dokładny rysunek przekroju pnia drzewa. Powiedział, że ktoś dorosły to narysował. Broniłam się mówiąc, że umiem dobrze rysować, a cała klasa solidarnie przysięgała, że mam talent do rysunków, ale nam nie uwierzył, albo nie chciał uwierzyć celowo, bo Rodzice zabronili mi wstąpienia do ZMP. To byli zupełnie nowi nauczyciele, przeważnie z organizacji młodzieżowych, bardzo ideowi i podejrzliwi. Zachowywali się wobec nas nieprzyjaźnie i za byle co stawiali dwóje, do dziś pamiętam ich nazwiska. Naturalnie już się nie modliliśmy, a niektórzy z dawnych pedagogów zostali odsunięci lub zwolnieni – bo dawali nam zły przykład.
            Ponieważ nie wywodziłam się ani ze środowiska robotniczego, ani tym bardziej chłopskiego, miałam u nowych nauczycieli przechlapane! Ale los wybawił mnie od ich sekatury, bo akurat w tym czasie bardzo ciężko zachorowałam i przeszłam operację, która na kilka lat wykluczyła uczęszczanie do szkoły.

                                                                       Elżbieta Gizela Erban