poniedziałek, 30 czerwca 2014

Logarska Dolina

Lubię zwiedzać świat i cieszyć się życiem. Jestem ciekawa wszystkiego co nowe i chociaż zdrowie nie dopisuje, to każda podróż jest dla mnie niezwykła. Wiedza o życiu i mieszkańcach innego kraju rozwija moją wyobraźnię. Podróże uczą otwartości na inne kultury, tolerancji, języka, poszerzają znacznie horyzonty. Wyjazd do rodziny najczęściej połączony jest z wypoczynkiem i zwiedzaniem, poznawaniem wielu ciekawych miejsc, co jest bardzo przyjemne.
Słowenia, jedno z najmniejszych państw naszego kontynentu, zwana także Europą w miniaturze, oczarowuje pięknymi krajobrazami. Logarska Dolina słynie jako jedna z najładniejszych dolin polodowcowych w Europie. Jest położona w Alpach Kamnicko-Sawińskich w północnej Słowenii i ciągnie się przeszło 7 km. Dostać się tam można dość wąską drogą z bardzo ostrymi zakrętami sięgającymi nieraz 180 stopni, o czym wcześniej nie wiedziałam. Z utęsknieniem wyczekiwałam kiedy to się skończy.
Dno doliny, którą wije się malowniczy szlak turystyczny, otoczone jest przez imponujące szczyty górskie(największy 2300 metrów n.p.m.) Na terenie doliny znajduje się wiele atrakcji przyrodniczych. Można tu spotkać liczne wodospady( ponad 40), polodowcowe skały, czy jaskinie. Dolina Logarska została objęta chronionym parkiem krajobrazowym. Za wjazd pobierana jest opłata. Jest to spokojna, piękna okolica z gospodarstwami agroturystycznymi, z wieloma atrakcjami dla turystyki pieszej, rowerowej czy jazdy konnej.
W górach jest tyle piękna, że trudno to zrozumieć. Gdy się przed nimi stanie, są takie cudowne, pełne dostojeństwa i powagi. Imponują wielkością i okazałością. Jestem świadoma ich żywotności, szumu wodospadów, różnych subtelnych odgłosów natury - szelestu liści na wietrze, spadających kropli deszczu, . W takim otoczeniu jesteśmy wyciszeni i potrafimy dostrzec rzeczy, które wcześniej się nie dostrzegało. Warto zwolnić, wszystko co nas otacza wyzwala wtedy zachwyt i jest niepojęte. Nie jesteśmy bowiem oddzieleni od natury.



autor: Genowefa Krzemińska

piątek, 27 czerwca 2014

Spływ kajakowy Szlakiem konwaliowym 14-15.06.2014



W pewien piękny, czerwcowy weekend nasza zwarta ekipa seniorów wybrała się na spływ kajakowy Szlakiem konwaliowym. Baza wypadowa  wyprawy była u „basenowej” koleżanki, która w Osłoninie ma domek letniskowy na jeziorem Wieleńskim.
Po wypiciu kawy i skonsumowaniu energetycznego ciasta grupa kajakowa w liczbie 20 osób (seniorów) udała się na przystań, gdzie czekały na nią wcześniej zamówione kajaki. Wyznaczoną na mapie trasę trener konsultował z panem,  który wypożyczał nam kajaki. Trasa  zaznaczona na mapie wynosiła 15 km.  Pan wypożyczający kajaki patrząc na trasę, z niedowierzaniem spojrzał na grupę, mając w oczach pytanie, czy aby na pewno, ta zwarta grupa poradzi sobie z takim przedsięwzięciem?  Nasz  trener śmiejąc się powiedział, że damy radę!  Pan jeszcze nie wie co potrafi ta grupa!
   
Pogoda była wspaniała, po krótkiej odprawie i pouczeń przez trenera każda para po kolei wypływała na jezioro.

Do pokonania mieliśmy jeziora: Wieleńskie, Trzytoniowe, Breńskie, Białe oraz jezioro Miałkie i Małe. Początek wyprawy był bardzo wesoły, każdy z zapałem wiosłował, podziwiał przepiękne widoki oglądał w pełni rozkwitu roślinność wodną: grążel żółty czy  białe jak śnieg nenufary. Jeziora połączone były kanałami gęsto porośniętymi trzciną. Niestety, z godziny na godzinę,  na podziwianie przyrody oraz widoków jakie mnie otaczały, nie miałam za wiele czasu,  z moją starszą koleżanka  musiałyśmy dość mocno wiosłować, żeby nie odłączyć się od grupy. Najtrudniej było nam utrzymać kajak we właściwym kierunku, czasami nie wiadomo dlaczego, ale zupełnie jakby nie chciał nas słuchać i płynął nie w tym kierunku, który obrałyśmy!
Ala jakoś dawałyśmy radę, płynąc przez kolejne jeziora. Ponoć poważne wyzwanie dla kajakarzy  stanowi Jez. Miałkie,  o czym dowiedziałam się dopiero po przepłynięciu przez to jezioro. Jest ono niezmiernie płytkie i w okresie letnim utrudnia posuwanie się do przodu. Dlatego nasz trener kazał płynąć wzdłuż jego prawego brzegu. Na tym jeziorze  nie czułam się  komfortowo, brzydki zapach odstraszał a zamiast wody - muł, który napawał lękiem.

Szlak prowadził przez jeziora i kanały. W drodze powrotnej już w ogóle nie zachwycałam się otaczającą przyrodą, kwiatami czy ptactwem wodnym. Jedynym moim  celem było  płynąć i dopłynąć! Na szczęście dobry humor nas nie opuszczał. Wpływając już na jezioro Wieleńskie,  zobaczyłyśmy przystań  i postanowiłyśmy jak najszybciej się na niej znaleźć. Zapragnęłyśmy w linii prostej pokonać ten odcinek drogi! I to był niestety nasz największy błąd. Spychało nas mocno na środek jeziora. Ledwo dawałyśmy radę. Reszta grupy, zgodnie ze wskazówkami trenera, płynęła brzegiem, drogę mieli dłuższą  ale  nie spychało ich z nadanego kierunku. Muszę powiedzieć, że trochę mnie strach obleciał, tym bardziej, że zrobiła się dość duża fala. Cała grupa czekała na mnie i moją towarzyszkę na brzegu, w końcu dopłynęłyśmy. Umęczone wyszłyśmy na przystań. Trener dolał oliwy do ognia stwierdzeniem, że  zmienił plany w trakcie pływania i dołożył jeszcze 5 km, bo świetnie dawaliśmy sobie radę! Nawet się nie odezwałam.


Na szczęście w Osłoninie czekała na nas kolacja. Zastanawiałam się czy widelec będę w stanie do ust podnieść. Gdy czoło mnie zaswędziało poprosiłam koleżankę, żeby mnie podrapała. Śmiechu był co niemiara. Umęczona, ale szczęśliwa. Na razie nie chcę słyszeć o następnym spływie kajakowym …






autor: Zdzisława Pachom

wtorek, 10 czerwca 2014

Damska suknia, a sprawa polska!



Sylwetka damy zmienia się wraz z biegiem czasu, stając się coraz bardziej rozbudowana w ramionach, przez ogromne rękawy wszyte bardzo nisko, co podkreślało spadziste ramiona. Takie rękawy, na które zużywano wiele metrów materiału, nazywano w tym czasie udźcami cielęcymi!
Żeby nie klapnęły, podpierano je całą masą fiszbinów w okolicach łokcia. Talia ściśnięta maksymalnie gorsetem, podkreślona była szerokim pasem z dużą ozdobną klamrą, ze srebra, a nawet złota. Spódnice krótsze, bo tylko do kostek, ukazywały niewieście nóżki z skórkowych pantofelkach na płaskim obcasie. Same spódnice bardzo szerokie, pod które wkładano kilka krochmalonych halek, często przybrane były szeroką falbaną. Szczególnie strojnie szyto suknie balowe. Jedna szczególnie piękna, po prostu mnie zachwyciła. Na mięsisty i lśniący różowy atłas, narzucono czarną delikatną koronkę. Rękawy bufki do połowy przykryte były szerokimi dwiema falbanami z koronki, schodzącymi w szpic do talii. Dół spódnicy składał się z trzech szerokich falban w koronki wycinanej w duże zęby.
Zmieniła się również fryzura damy. Włosy podczesywano do góry i splatano na czubku głowy w kok, zdobiony wstążkami i piórami. Niekiedy tworzono przy twarzy pęki krótkich loków, wplatając w nie wstęgi, pióra i kwiaty. Ponieważ szerokie rękawy uniemożliwiały włożenie płaszcza, moda nakazywała noszenie wielkich peleryn i tzw. burnusów z kapturami, bez rękawów, oraz szerokie szale kaszmirowe. Po raz pierwszy w damskiej modzie, pojawiła się bluzeczka, noszona razem ze spódnicą. Panie wychodząc na ulicę, obowiązkowo wkładały budki o wysokich główkach, a do strojnych letnich sukien szerokie pasterskie kapelusze, bogato dekorowane strusimi piórami, wstążkami i kwiatami. Wiedeń zasłynął wówczas z produkcji pięknych, lekkich tkanin bawełnianych, tkanych w barwne wzory.
Mężczyźni nosili wysokie cylindry, długie żakiety z wysokimi kołnierzami z aksamitu i koszule z krochmalonymi kołnierzykami zachodzącymi pod brodę. Spodnie były bardzo wąskie, buty z lakierowanymi noskami. Do tego koniecznie laska ze srebrną gałką. ( często kryjąca sztylet) Zarost golono, pozostawiając baki po obu stronach twarzy. W takim stroju chodził po Warszawie młodziutki pan Fryderyk Chopin i wtedy poznał pannę Konstancję Gładkowską ubraną w strojną toaletę. Pisał: ”ale i strój panny, biało , z różami na głowie, do twarzy prześlicznie dobrany!”
Moda z tej epoki nazywała się biedermeier. Obejmowała nie tylko ubiory, lecz również meble, dekorację salonów i przedmioty życia codziennego.
W pierwszej połowie XIX wieku, dominował błyskawiczny rozwój przemysłu maszynowego, produkowano coraz więcej różnych materiałów. Lata pięćdziesiąte wyróżniały się coraz szerszymi spódnicami, gdyż panie nie chciały zrezygnować z gorsetów i wąskiej talii. Zmieniło się uczesanie. Włosy rozdzielano przedziałkiem na środku głowy, gładko przyczesane zakrywały uszu. Warkocze upinano płasko, tworząc z tyłu głowy koszyczek lub węzeł.
Pod koniec lat pięćdziesiątych, młoda i piękna jak bogini, cesarzowa Francji Eugenia, małżonka cesarza Napoleona III, lubiąca przepych, wskrzesiła modę osiemnastowiecznych krynolin! Były to spódnice olbrzymich rozmiarów, atłasowe, białe, różowe lub w jasnych barwach pastelowych, całe naszywane drobnymi falbankami z tiulu i koronek. Z paryskiego dworu, krynoliny przyjęły się powszechnie na całym świecie, dzięki wynalazkowi tzw. stalówki, jakby klatki wykonanej z cienkich, lekkich taśm elastycznych, na które nakładano mnóstwo halek i spódnicę. Krynoliny rozpowszechniły się nie tylko wśród sfer bogatych, lecz i kobiet uboższych, nadawały bowiem nawet skromnej sukni pozory zamożności.
Staniki, jak zawsze bardzo obcisłe, przy codziennych sukienkach zapinane były z przodu stanika na drobne guziczki i wykończone małym kołnierzykiem.. Ale suknie balowe olśniewały przepychem. Duże dekolty obszywane były koronkowymi lub gazowymi bertami (falbanami) i odsłaniały całe ramiona i piersi, Przebogato zdobione haftami, falbanami, aplikacjami z koronek i tiulów, miały nieco wydłużone doły spódnic, w niewielkie treny. Krynolina skracała sylwetkę, wobec czego powróciły pantofelki na wysokim obcasie. Małe kapelusiki w chłodne dni, przybierano woalkami. W lecie noszono szerokie słomkowe pasterki z dużymi rondami przybranymi polnymi kwiatami. Pomimo niedogodności, były chyba najbardziej kobiece i malownicze stroje w dziejach kostiumologii.
W Polsce krynoliny były powszechnie noszone. Lecz tragiczne wypadki z lutego 1861 roku, kiedy to wojsko rosyjskie otworzyło ogień do manifestantów, zabijając pięciu demonstrantów, z każdej stery społecznej. Pogrzeb ofiar zamienił się w stu stutysięczną manifestację polskości, hołd oddawali nawet oficerowie rosyjscy. Wkrótce potem na Placu Zamkowym w Warszawie, doszło do masakry ludzi domagających się reform i wolności. Arcybiskup Fijałkowski, sprawujący w tym czasie rolę prymasa i głowy Kościoła polskiego, zarządził bezprecedensową na skalę światową, żałobę narodową! Kobiety polskie od służącej do księżny, schowały stroje karnawałowe, ubierając czarne krynoliny, wykończone niekiedy maleńkim białym kołnierzykiem i hebanowym krzyżem na piersi.. Złoto, klejnoty, polskie kobiety oddały na skarb narodowy. Zamiast kosztownej biżuterii, noszono krzyżyki z czarnej lawy i emblematy narodowe plecione z włosów lub czarno emaliowanego metalu. Takie krynoliny nosiły Polki przez cały czas Powstania Styczniowego i jeszcze długo potem, pomimo surowych zakazów władz carskich. Nigdy, w żadnym kraju nie noszono żałoby tak masowo, jak właśnie w Polsce. Wpłynęło to nawet na modę paryską, bowiem bardzo modne stały się tam ciemne suknie, nazywane sentymentalnie:”Łzy Polski”.
Krynoliny wyszły z użycia pod koniec lat sześćdziesiątych, wobec rozwoju komunikacji i rozbudowy miast, oraz wynalezienia maszyny do szycia, stając się anachronizmem. Koniec lat osiemdziesiątych cechują stroje z wielkimi turniurami, coraz bardziej obcisłe i do figury. Turniury stały się przedmiotem nieustannych kpin i dowcipów humorystycznych. Lekarze i higieniści występowali z odczytami, walcząc o projekty sukien zgodne z budową kobiety, tak zwane reformowane. Kobiety zaczęły odrzucać gorsety w początkach XX wieku.
Wybuch I wojny światowej w latach 1914 – 15 spowodował zasadniczy zwrot w kierunku nowej mody. Wiele kobiet zaczęło wtedy pracować zawodowo, zastępując walczących mężczyzn. W pracy ubiór musiał być wygodny i domy mody wzięły to pod uwagę Zdecydowanie już odrzucono gorsety, a stroje stały się krótsze, do pół łydki. Modne były żakiety i kostiumy zapinane pod szyję, oraz małe kapelusiki lub czapki. W Paryżu stroje kobiece upodabniały się do męskich: króciutka fryzurka, tak zwana garsonka, a do tego proste sukienki i płaszczyki sięgające tylko do kolan. Kapelusze miały głębokie dno i wyglądały jak garnki, zdobiono je kwiatami. Linia pasa sięgała bioder. Lata trzydzieste przyniosły jeszcze większą prostotę w modzie damskiej. W okresie międzywojennym zaznaczyły się trzy modne sylwetki: chłopczyca – lata dwudzieste. Smukła, wężowa sylwetka z lat 1936-38, oraz prosta sylwetka z krótką, szeroką spódnicą 1939- 46 r.
Tak oto kształtowała się przez wiele wieków moda na stroje kobiece, mająca wpływ na politykę i czasami na losy narodów. Na tym kończę mój cykl o modzie, pisany w niemałym trudzie ze względu na moje coraz bardziej chore oczy. Miłym czytelniczkom życzę, żeby zawsze miały w szafie modną kieckę. Panuje bowiem krzywdzące przekonanie, ”że każda kobieta ma dziecko geniusza, męża idiotę i nie ma się w co ubrać!”

Elżbieta Gizela Erban

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Reemigranci z Bośni - powrót do Ojczyzny


Kim są reemigranci z Bośni?
To potomkowie Polaków, którzy u schyłku XIX wieku wyjechali z kraju - za pracą, za ziemią i chlebem - do Bośni. A w roku 1946 przyjechali do Polski. Kiedy Polska była pod zaborami, nasi rodacy nie mogli dzierżawić ziemi. Bieda i głód były zjawiskiem nagminnym.

Austro-Węgry, które przejęły administrację nad Bośnią i Hercegowiną, po 1890 roku stworzyły możliwość wyjazdu ubogich rolników i robotników do Bośni. Oferowano im ziemię pod uprawę. Zwykle były to grunty zalesione. Jedna rodzina dostawała od 10 -12 ha lasów, który miała wykarczować i doprowadzić do użyteczności rolnej. Aby otrzymać ziemię, Polacy musieli zadeklarować, że w ciągu, pierwszych trzech lat postawią na niej dom mieszkalny i zabudowania gospodarskie. Będą karczować lasy i przemieniać oddaną im w posiadanie ziemię. Tylko jedna piąta połaci gruntu mogła pozostać jako las - na własny użytek. Na te warunki przystało około 15 tysięcy polskich rolników. Wśród nich byli moi dziadkowie. Osiedlili się oni w miejscowości Gumiera. Wszystkie miejsca jakie oferowano Polakom mogły być zasiedlone jedynie jako górski typ osad. Domy budowano z drewna i gliny. Zabudowania ciągnęły się w długich rzędach na pasmach górskich. Wskutek tego jedna wieś mogła mieć nieraz kilkanaście kilometrów długości.

Kiedy wybuchła II wojna światowa Polacy zaczęli być okrutnie prześladowani przez nacjonalistyczne organizacje zbrojne, głównie: serbskie (czetników) i chorwackie (ustaszy).. Broniąc rodzin i dobytku zginął co piąty Polak. Nasi rodacy zmuszani byli do walki zbrojnej i wcielani do oddziałów partyzantki komunistycznej. Były tworzone całe bataliony składające się z Polaków. Czynnikiem motywującym do udziału, było zapewnienie przedstawicieli władz jugosłowiańskich: ci którzy przeżyją, będą mogli po wojnie wrócić do Polski. 

I tak się stało. Na zjeździe polonijnym w lipcu 1945r.w Prnjaworze zdecydowano o powrocie do Polski. W styczniu 1946 r podpisano z rządem Jugosławii układ o przesiedleniu. Za miejsce osiedlenia wybrano Powiat Bolesławiecki. Powróciło około trzech tysięcy rodzin. W tej liczbie była moja własna.

Byłam wtedy mała, ale pamiętam jak dużymi samochodami ciężarowymi wieziono nas, ze skromnym dobytkiem, na dworzec kolejowy. Potem załadowano ludzi, zwierzęta i przedmioty, do wagonów towarowych. W jednym wagonie jechała cała rodzina: dziadkowie, rodzice, wujkowie. Wagony były podzielone na dwie części. Ludzie przebywali w części małej wagonu. W pozostałej jechały zwierzęta: krowy, konie, owce, świnie - wolno było mieć ze sobą po dwie sztuki na rodzinę. Było dużo siana i słomy, zboża. W czasie postojów pociągu ludzie przynosili wodę i poili zwierzęta.
Sprawy fizjologiczne odbywały się prymitywnie. Załatwiano się do wiadra i wylewano przez otwór zrobiony w podłodze wagonu. Ja bardzo cieszyłam się z tej podróży. Miałam okazję lepiej poznać swojego ojca. W czasie wojny nie było go w domu. Był w partyzantce. Pełnił funkcję komendanta jednej z kompanii. Wrócił dopiero po zakończeniu działań wojennych. Dużo opowiadał mi o wojnie, Polsce i innych sprawach. Uczył mnie śpiewać piosenki – do tej pory pamiętam ich fragmenty: 

Raduje się serce,

raduje się dusza,

Że nasza kompania,

do Polski wyrusza...

I tak dojechaliśmy do stacji końcowej - Bolesławiec. Wraz z dobytkiem opuściliśmy pociąg. Potem samochodami wojskowymi zawieziono naszą grupę do wsi Ocice. Pozostawiono nas na polu przy drodze, a ojcu przydzielili obowiązki komendanta grupy. Jednym z jego zadań miało być przydzielanie emigrantom poniemieckich domów. Sprawy okazały się skomplikowane, bo przed nami do Ocic przybyli już emigranci ze wschodu. Pozajmowali lepsze domy - niektórzy po dwa. Dla naszych z Jugosławii zabrakło. Więc ojciec z innymi mężczyznami, siłą odbierali mieszkania tym co mieli po dwa, i przekazywali potrzebującym. Niestety dla naszej rodziny już zabrakło. 

W tym właśnie czasie stało się coś strasznego. Ktoś doniósł do UB o rozporządzeniach ojca. Przyjechało dwóch ubowców, którzy zabrali ojca na posterunek. A my - bez domu pod gołym niebem. Inni widząc co się dzieje - jak stali, z tym co kto miał pod ręką: kosy, widły, łopaty - ruszyli na posterunek. Okrążyli budynek posterunku i wołali: oddajcie nam Piroga – tak nazywał się mój ojciec. Próbowano ich zbyć, ale nie dali się. Ubecy wystraszyli się, że ich podpalą i ojca wypuścili. Jako pięcioletnie dziecko bardzo to przeżyłam. Do dnia dzisiejszego przed oczami mam ten obraz - jak wracali do domu. Ojciec z przodu, wokół niego przyjaciele. Ze śpiewem na ustach. Jak „kosynierzy” ze słynnego obrazu. 

Od tego czasu we wsi powstały dwa nienawidzące się obozy: ci z Jugosławii i ci zza Buga. Ponieważ wciąż nie mieliśmy domu, to na noc zabrał nas do siebie dziadziu. Ale na drugi dzień mówi do ojca: Jasiu szukaj sobie domu, ja mam jeszcze inne dzieci - będzie nam ciasno. Było nam bardzo przykro, mama płakała i tuliła mnie i brata do siebie. Ojciec poszedł. Długo go nie było. Przyjechał samochodem z ruskimi żołnierzami. Zabrali nas i zawieźli do dużego majątku, tam było dużo żołnierzy. Wokoło majątku pozostały po przejściu frontu głębokie rowy – okopy. Tam bawiliśmy się w wojnę. W budynku mieszkalnym zaś były pozostałości z czasów przedwojennych - piękne meble, żyrandole. Oficerowie ruscy wszystko pozabierali i gdzieś wywieźli. 

Nie wszystko jednak było złe. Rosjanie dali nam do dyspozycji dwa pomieszczenia i tam zamieszkaliśmy. Żołnierze byli dla nas dobrzy. Karmili nas konserwami mięsnymi, wozili na przejażdżki samochodami. Pomagali też ojcu. W majątku było dużo zniszczonego sprzętu rolnego i wojskowego. Zmontowali duży ciągnik marki Lanz Bulldog. Odpalało się go przez nagrzanie lampą gruszy żarowej i kręciło się kołem zamachowym. Później zmontowali snopowiązałkę, młocarnię i inny sprzęt rolniczy. Konia dostaliśmy z Unry. Na krótko żyliśmy w miarę dostatnio. Nieco później - w latach 1950 - 56 rodzice nie mieli łatwego życia.
Zaczęto zakładać spółdzielnie produkcyjne. Próbowano zmusić rodziców do przystąpienia. Obronili się - nie przystąpili. Szykanowano ich, rozwieszano plakaty. Ojca ogłoszono kułakiem. Dzieci nie miały wstępu do szkoły średniej. „Zapiszesz się droga wolna, nie to nie”. 

W roku 1960 poznałam chłopca. Tu znowu powstał problem. Chłopak przyjechał w ramach nakazu pracy z Łeby. I co? Okazało się, że on jest zza Buga. Nie swój – znaczy się - wróg. W sprawie ślubu rodzice postawili veto. Nic z tego nie będzie. Na szczęście miałam wspaniałą babcię. Powiedziała nam: nie słuchajcie, co wam mówią rodzice, róbcie swoje. 

Z małżeństwem moich rodziców było inaczej. Mama taty prawie nie znała. Miała szesnaście lat, a ojciec był w wojsku. Był starszy od mamy o dziesięć lat. Rodzice ojca przyszli w swaty do rodziców mamy. Uzgodnili co, kto komu, i ile daje. Ustalili datę ślubu. I tak się pobrali. Wzięli ślub. Potem była wojna i ojciec poszedł w lasy do partyzantki. Spotykali się rzadko. Mama była łącznikiem. Woziła wiadomości dla partyzantów. 

Mój przyszły mąż wtedy powiedział - nie zwlekajmy, bierzmy ślub. I tak się stało. Trzy miesiące znajomości wystarczyło. Postawiliśmy na swoim. Odbyło się wesele na 250 osób. 

Jesteśmy już ze sobą 54 lata. Czy to nie było szaleństwo? Taka krótka znajomość, a w dodatku wbrew rodzinie. Ale udało nam się. Razem przeżyliśmy tyle lat. Mamy dwóch synów, pięcioro wnucząt, no i już jedną prawnuczkę.

Janina Korol

sobota, 7 czerwca 2014

L'amour! L'amour! L'amour!




Po okresie empiru i Cesarstwa, kiedy półnagie kobiety w gazowych toaletach, masowo przeziębiały się na balach i rautach, umierając na nieuleczalną gruźlicę, dopiero w roku 25-tym, XIX wieku, strój damski stawał się normalny. Stan sukni spod biustu, przeniósł się do poziomu talii. Spódnice dopasowane w biodrach, stały się szerokie u dołu. Powróciły gorsety, zwężające figurę w pasie. Coraz niżej wszywano rękawy, przez co ramiona stawały się spadziste. Szyje dam otaczały koronkowe kryzy, a same rękawy u góry szerokie, zwężały się ku dłoniom, kończąc się marszczonym mankietem. Suknie w tamtej epoce były bardzo strojne, ozdobione plisami, zakładkami, falbankami. Zdobieniami pokrywano całe staniki i doły spódnic, tworząc bogate ornamenty. Fryzury z przedziałkiem na środku głowy, nad skroniami spiętrzały się w dwa pęki długich francuskich loków. Kapelusze, dosyć duże budki wiązane wstążkami pod brodą, ozdabiane były suto piórami, kwiatami i woalami.
W latach osiemnastych XIX w. przebywał w Warszawie brat cesarza Rosji Aleksandra I, wielki książę Konstanty, mianowany przez cara Naczelnym Wodzem Wojska Polskiego. Nie grzeszył urodą, bo podobniejszy był raczej do małpy niż do księcia krwi, w przeciwieństwie do swego brata pięknego cara Aleksandra I, w którym kochały się wszystkie kobiety w całej Europie, od księżnej do praczki!
Carewicz Konstanty żonaty był z księżniczką niemiecką Anną sasko – koburgską, która niemal zaraz po ślubie dała nogę do rodziców i de facto małżeństwo było już fikcją. Nie przejmując się więcej żoną, Konstanty wziął sobie kochankę panią Fryderychs, z którą miał syna Pawła. O ile cesarz Aleksander I był kochany, o tyle wielki książę Konstanty nienawidzony przez społeczeństwo polskie, ze względu na brutalny charakter i okrucieństwo.
Jedyną miłością Konstantego było wojsko polskie, które musztrował na sposób pruski, despotycznie, trybem nie znanym żołnierzom polskim epoki napoleońskiej. Wielki książę pokochał wspaniałe wojsko polskie, sławne od czasów Napoleona z waleczności, służące z dobrej woli i przywiązania do ojczyzny. Dla żołnierzy i oficerów stał się tyranem i katem. W ciągu trzech dni, aż czterech dobrych oficerów odebrało sobie życie, nie mogąc znieść obelg, obrażających ich honor. Złowrogą sławę zyskał wtedy Ogród Saski, gdzie strzelali do siebie znieważeni przez księcia oficerowie.
Od roku 1815, coraz częściej plotka łączyła imię księcia z osobą panny hrabianki Joanny Grudzińskiej, pochodzącej z rozwiedzionej rodziny. Matka panny wyszła po raz drugi za mąż, za słynnego z urody i żarłoczności pana Brońca, marszałka Zamku królewskiego w Warszawie. Trzy, znane z urody panny Grudzińskie zamieszkały z matką. Nie miały prawie posagów, biedne niczym przysłowiowe myszy kościelne, zrobiły jednak wspaniałe partie, wychodząc za mąż za bogatych, znakomitych ludzi. Józefina poślubiła szambelana cesarskiego i arystokratę, hrabiego Wacława Gutakowskiego. Najmłodsza Antonina wyszła za mąż za barona Cesarstwa, byłego adiutanta Napoleona I, Dezyderego Chłapowskiego, późniejszego generała i dowódcę w Powstaniu Listopadowym 1831 r.
Jednak najdziwniejszy los czekał najstarszą z sióstr Joannę, zwaną w rodzinie Żanetką. Historycy nie są zgodni, ile lat liczyła sobie hrabianka, kiedy poznała wielkiego księcia. Jedni twierdzą, że osiemnaście, inni upierają się, że miała już 23 lata i była w tym wieku starą panną!
Mimo, iż portrety z epoki nieco ją upiększają, Żaneta nie była taką pięknością, jak jej obie siostry. Średniego wzrostu, bardzo szczupła, niebieskooka, o bujnych ciemno blond włosach, zwanych wtedy blond-cendre, pięknie tańczyła i kochała muzykę, grając biegle na fortepianie. Lubiła czytać i była cichą osóbką, bardzo religijną, niekiedy wpadającą w dewocję.
Na balu u księżnej Marii z Czartoryskich Wirtemberskiej, w roku 1815, wielki książę zainteresował się Żanetą poważnie. Przez kilka następnych lat, towarzystwo warszawskie miało znakomity temat do plotek, opowiadając o romansie wielkiego księcia Konstantego z panna Grudzińską. Jednakże wbrew opinii warszawskiego światka, o swobodnym flircie nie było mowy. Panna, zawsze taktowna, trzymała cesarzewicza na dystans i zachowywała się bez zarzutu, pomimo codziennych niemal wizyt wielkiego księcia na Zamku, gdzie państwo Brońcowie z córką mieszkali. Jesienią 1819 roku, Konstanty wyjechał do Petersburga i długo rozmawiał z bratem-carem w cztery oczy.
Dnia 24 maja 1820 roku, dobrze już starszawa, bo 29-letnia Joanna Grudzińska, odniosła tryumf nad swoimi rodaczkami, poślubiając w kaplicy Zamku warszawskiego, wielkiego księcia Romanowa, następcę carskiego tronu Rosji, gdyż car Aleksander I, był bezdzietny! Po ślubie katolickim, nastąpiła powtórna ceremonia ślubu prawosławnego. Jadąc otwartym powozem z mężem, do pałacu Brũhla, Joanna pozdrawiała gestem dłoni stojących na ulicach przechodniów, którzy zgotowali młodej parze owacyjne powitanie. Od szwagra cara Aleksandra I, Joanna otrzymała tytuł Księżnej Łowickiej. Cesarz bardzo ją lubił i chętnie z nią rozmawiał o religii.
Potem różnie się działo w małżeńskim stanie, dobrze i źle, kiedy mieszkała jeszcze w Belwederze, zbudowanym dla niej przez męża. Z czasem jednak, cicha i spokojna kobieta potrafiła zawładnąć swoim nieposkromionym małżonkiem. Dla męża stała się Jej Światłością, najukochańszą osobą na świecie. Dzieci nie mieli, ale mąż, wielki książę, tak bardzo kochał swoją Żańcię, że gdy chorowała, a była bardzo chorowita, sam spełniał przy niej wszelkie usługi, pielęgnując ją troskliwie. Księżna Łowicka nie zajmowała się polityką, choć mając ogromny wpływ na męża, mogła wyjednać o niego wiele łask dla sponiewieranego narodu. To ją jednak nie zajmowało.
Po śmierci cara Aleksandra I, w Rosji wybuchł bunt dekabrystów, żądających demokratycznych zmian na wzór francuski. Demonstranci pod Kremlem w Moskwie i Pałacem Zimowym w Petersburgu, obwołali carem księcia Konstantego Pawłowicza wołając: - Niech żyje car Konstanty i jego żona Konstytucja! Ale książę Konstanty, poślubiając Joannę, zrzekł się tronu, na rzecz młodszego brata Mikołaja. Taki był warunek Aleksandra I, zezwalającego na ślub z Polką!
Na tron wstąpił car Mikołaj I, zwany potem żandarmem Europy i tyranem. W Polsce wybuchło w 1830 r. Postanie Listopadowe. Powstańcy uderzyli na Belweder, pragnąc dosięgnąć Konstantego,ale to im się nie udało. Księżna ukryła go podobno w swojej garderobie, gdzie dobrze wychowani powstańcy już nie weszli. Wielki książę uszedł z życiem i razem z żoną przemieszczał się po różnych miastach, szukając ucieczki. Kiedy rozpoczęła się słynna i krwawa bitwa pod Olszynką Grochowską, książę widząc swoje ukochane wojsko polskie, które tak maltretował, idące do ataku, nie wytrzymał i obserwując bitwę krzyczał: - Brawo chłopcy, bijcie kacapa! Jeszcze Polska nie zginęła!
Te okrzyki doszły do Petersburga i nie spodobały się carowi Mikołajowi. Starszy brat był ciągle dla niego zagrożeniem. Kiedy Konstanty z żoną zatrzymał się w Białymstoku, był upalny dzień i książę zjadł z apetytem talerz czarnych jagód. Wkrótce zaniemógł, a wezwany lekarz Kalisz, będący na służbie cara, nie zdołał mu pomóc. Konstanty zmarł, przed śmiercią pod wpływem błagania ukochanej żony, przechodząc na katolicyzm. Ludzie szeptali o truciźnie podanej księciu przez lekarza Kalisza. Ale w opinii rzeczoznawców carskich, książę Konstanty zmarł na cholerę, jaka wtedy grasowała w Polsce, przywleczona przez wojska generała Dybicza.
Przed zamknięciem trumny, księżna ścięła swoje wspaniałe długie włosy i położyła je zmarłemu przy twarzy. Nie włożyła kirów żałobnych, lecz śnieżnobiałą suknię, w której tak podobała się mężowi.
Żaneta towarzyszyła mężowi do Petersburga i po pogrzebie zamieszkała w carskim Pałacu, otoczona troskliwą opieką całej carskiej rodziny. Podobno księżna czytała głośno młodemu księciu Saszy, późniejszemu carowi Aleksandrowi II, piękne wiersze Mickiewicza. Wkrótce księżna zapadła na nieuleczalną chorobę, gruźlicę, zwaną wtedy suchotami. Czyniła wiele dobrego, wspierając Polaków na obczyźnie i kościoły katolickie.
29 listopada 1831 r, dokładnie w rocznicę wybuchu Powstania Listopadowego, Joanna z hrabiów Grudzińskich, Wielka Księżna Łowicka, odeszła w zaświaty w chwili agonii wzywając swego męża. Pochowano ją z wielkim ceremoniałem należnym krewnej cara w katolickim kościele św. Katarzyny w Petersburgu.
Kiedy po wojnie polsko-rosyjskiej w 1920 roku, rząd radziecki zwrócił się do władz polskich prosząc o zabranie, między innymi, zwłok Księżny Łowickiej, rodzina państwa Chłapowskich, przywiozła ją do Rąbina, majątku Chłapowskich, i pochowała koło siostry Joanny, pani Antoniny Chłapowskiej. Gdy otwarto trumnę, okazało się, że dziwnym trafem zwłoki księżnej były nie tknięte rozkładem. Leżała w trumnie obitej amarantowym aksamitem, w białej sukni z brabanckich koronek. Ręce w wysokich białych rękawiczkach miała skrzyżowane na piersi, a odrosłe w ciągu wieku włosy, spływały na aksamitną poduszkę. Po śmierci rozłączoną ją z miłością jej życia – wielkim księciem Konstantym i spoczęła na wieki z dala od niego, w polskiej ziemi.
Elżbieta Gizela Erban

środa, 4 czerwca 2014

Odnaleziony list

Historia pewnej powodzi
Przeglądając pamiątki rodzinne natrafiłam na list ojca do syna napisany 52 lata temu. Tematem była powódź, a raczej jej skutki. Adresatem listu był mój brat Tadeusz, a autorem nasz ojciec Antoni. Tadeusz służył w wojsku, ojciec obrazowo opisał mu wydarzenia związane z bystrym nurtem rzeki Raby i jego skutkami. Częściowo streszczę list, a w większości przytoczę oryginał. Gdy Tadeusz pełnił służbę wojskową, młodszy 16-letni brat Staszek pomagał rodzicom w gospodarstwie. Chcąc  mieć własny grosz, zgromadził zapas żwiru naniesionego przez rzekę w czasie powodzi i postanowił go sprzedać.

List taty:


„Woda duża, mętna, szumi, przybywa jej, a on chce piasek wywozić. Matka broniła, prosiła, przestrzegała, że się utopi- nie pomogło.
Mój mąż Henryk ujeżdża Gniadego
Ja nie mogąc ścierpieć uporu Staszka, powiedziałem: niech robi  co chce. Raz, dwa, wóz gotowy, Staszek z fantazją  w drodze, a matka niespokojna przyniewoliła mnie, żebym choć spojrzał jak przez wodę pojedzie. Ja ku wodzie, a on już ze śmiechem na wodę wjechał. Gdy tylko wjechał już śmiechu nie było. Wóz poniósł, zawrócił, koń do szyi w wodzie, do góry ani kroku, w bok ani trochę, tam prąd jeszcze większy, przerębel ponad metr. Koniec końcem konia rzuciło, wóz wywróciło, deski, kołowrót wyrwało. Konia z karami spod zwałów wody nie widać, tonie. Ja na lądzie tylko patrzę, co ze Staszkiem.
Staszek pomaga szwagrowi okiełznać Gniadego
Z Opatrznością Bożą jakoś dodrapał się do brzegu, a mnie błysnęła myśl- ratować konia! Wiedziałem, że zaprzęgnięty do wozu, a wóz przewraca, niechybnie się utopi.Żal Gniadego! Bez namysłu rzuciłem się na wodę, na tonącego konia i sam nie wiem w jaki sposób pod falami, kiedy się to wszystko kręciło, odpiąłem raz jeden postronek, zaś za chwilę drugi i jeszcze materzej z dyszla zrzuciłem. Teraz wóz sobie, koń sobie i ja sobie na środku wielkiej wody. Wały wody buntowały się ponad moją głową, a ja jak jaki filar stał, zimną krew nie straciłem, oglądałem się, by mnie wóz nie zagarnął.
Fragment listu
Byłem osłabiony, ale jakoś z nadziemską siłą płynąc wylądowałem, aż pod Kuzokami. Ratunku znikąd, koń od pierwszego upadku już nie powstał, raz uszy raz nogi nad wodą. Tak z przed Loska, po Lipowe Brzegi niosło, niosło. Tam się jakoś koń zatrzymał, ale leżał w wodzie osłabiony, a ja z nim z moim Gniadym. Ktoś zobaczył topielców, przybiegli ludzie i pomogli. Koń był słaby, uprzężą skrępowany, ja przepełniony uczuciami pod zwałami zimnej wody, bo to było w pierwszych dniach czerwca, ale po górach było biało, śnieg spadł. Kiedy z kolegą topielcem (Gniadym) wróciłem do domu, od wrażenia i zimna słowa wymówić nie mogłem.

Po skończonej akcji ratowniczej Staszek ze strachu nawiał gdzieś. Trzeba było gońców rozesłać , nim przyprowadzili zziębniętego, mokrego, skruszonego skazańca. Sąd okazał się łaskawy. Prokurator sam sprawę łagodził, sędzia rozbrojony łaskawie i litościwie wydał wyrok uniewinniający z zawieszeniem.


Koń wita się z dziewczętami: Asią, Anią i Kasią




Od tego czasu minęło 52 lata, ale powodzie w Rabie zdarzają się do tej pory. Wprawdzie rzeka Raba została uregulowana, jednak dalej płata figle i wylewa. Dzisiaj piasku i żwiru nikt już nie zbiera, bo jest dostępny w specjalnych składach, a i brawura młodych jest nieco mniejsza. Cieszę się, że cała historia skończyła się szczęśliwe, a dzisiaj jej ślad pozostawiają tylko wspomnienia i parę zdjęć: 

Wezbrany potok - dopływ Raby (2002 r)

Rzeka Raba kolejny raz wylała (2002 r)

Tegoroczna powódź - wezbrany potok, dopływ Raby

Mieszkańcy Raby radzą sobie z żywiołem
tekst i zdjęcia: Hania Dąbrowska