poniedziałek, 9 czerwca 2014

Reemigranci z Bośni - powrót do Ojczyzny


Kim są reemigranci z Bośni?
To potomkowie Polaków, którzy u schyłku XIX wieku wyjechali z kraju - za pracą, za ziemią i chlebem - do Bośni. A w roku 1946 przyjechali do Polski. Kiedy Polska była pod zaborami, nasi rodacy nie mogli dzierżawić ziemi. Bieda i głód były zjawiskiem nagminnym.

Austro-Węgry, które przejęły administrację nad Bośnią i Hercegowiną, po 1890 roku stworzyły możliwość wyjazdu ubogich rolników i robotników do Bośni. Oferowano im ziemię pod uprawę. Zwykle były to grunty zalesione. Jedna rodzina dostawała od 10 -12 ha lasów, który miała wykarczować i doprowadzić do użyteczności rolnej. Aby otrzymać ziemię, Polacy musieli zadeklarować, że w ciągu, pierwszych trzech lat postawią na niej dom mieszkalny i zabudowania gospodarskie. Będą karczować lasy i przemieniać oddaną im w posiadanie ziemię. Tylko jedna piąta połaci gruntu mogła pozostać jako las - na własny użytek. Na te warunki przystało około 15 tysięcy polskich rolników. Wśród nich byli moi dziadkowie. Osiedlili się oni w miejscowości Gumiera. Wszystkie miejsca jakie oferowano Polakom mogły być zasiedlone jedynie jako górski typ osad. Domy budowano z drewna i gliny. Zabudowania ciągnęły się w długich rzędach na pasmach górskich. Wskutek tego jedna wieś mogła mieć nieraz kilkanaście kilometrów długości.

Kiedy wybuchła II wojna światowa Polacy zaczęli być okrutnie prześladowani przez nacjonalistyczne organizacje zbrojne, głównie: serbskie (czetników) i chorwackie (ustaszy).. Broniąc rodzin i dobytku zginął co piąty Polak. Nasi rodacy zmuszani byli do walki zbrojnej i wcielani do oddziałów partyzantki komunistycznej. Były tworzone całe bataliony składające się z Polaków. Czynnikiem motywującym do udziału, było zapewnienie przedstawicieli władz jugosłowiańskich: ci którzy przeżyją, będą mogli po wojnie wrócić do Polski. 

I tak się stało. Na zjeździe polonijnym w lipcu 1945r.w Prnjaworze zdecydowano o powrocie do Polski. W styczniu 1946 r podpisano z rządem Jugosławii układ o przesiedleniu. Za miejsce osiedlenia wybrano Powiat Bolesławiecki. Powróciło około trzech tysięcy rodzin. W tej liczbie była moja własna.

Byłam wtedy mała, ale pamiętam jak dużymi samochodami ciężarowymi wieziono nas, ze skromnym dobytkiem, na dworzec kolejowy. Potem załadowano ludzi, zwierzęta i przedmioty, do wagonów towarowych. W jednym wagonie jechała cała rodzina: dziadkowie, rodzice, wujkowie. Wagony były podzielone na dwie części. Ludzie przebywali w części małej wagonu. W pozostałej jechały zwierzęta: krowy, konie, owce, świnie - wolno było mieć ze sobą po dwie sztuki na rodzinę. Było dużo siana i słomy, zboża. W czasie postojów pociągu ludzie przynosili wodę i poili zwierzęta.
Sprawy fizjologiczne odbywały się prymitywnie. Załatwiano się do wiadra i wylewano przez otwór zrobiony w podłodze wagonu. Ja bardzo cieszyłam się z tej podróży. Miałam okazję lepiej poznać swojego ojca. W czasie wojny nie było go w domu. Był w partyzantce. Pełnił funkcję komendanta jednej z kompanii. Wrócił dopiero po zakończeniu działań wojennych. Dużo opowiadał mi o wojnie, Polsce i innych sprawach. Uczył mnie śpiewać piosenki – do tej pory pamiętam ich fragmenty: 

Raduje się serce,

raduje się dusza,

Że nasza kompania,

do Polski wyrusza...

I tak dojechaliśmy do stacji końcowej - Bolesławiec. Wraz z dobytkiem opuściliśmy pociąg. Potem samochodami wojskowymi zawieziono naszą grupę do wsi Ocice. Pozostawiono nas na polu przy drodze, a ojcu przydzielili obowiązki komendanta grupy. Jednym z jego zadań miało być przydzielanie emigrantom poniemieckich domów. Sprawy okazały się skomplikowane, bo przed nami do Ocic przybyli już emigranci ze wschodu. Pozajmowali lepsze domy - niektórzy po dwa. Dla naszych z Jugosławii zabrakło. Więc ojciec z innymi mężczyznami, siłą odbierali mieszkania tym co mieli po dwa, i przekazywali potrzebującym. Niestety dla naszej rodziny już zabrakło. 

W tym właśnie czasie stało się coś strasznego. Ktoś doniósł do UB o rozporządzeniach ojca. Przyjechało dwóch ubowców, którzy zabrali ojca na posterunek. A my - bez domu pod gołym niebem. Inni widząc co się dzieje - jak stali, z tym co kto miał pod ręką: kosy, widły, łopaty - ruszyli na posterunek. Okrążyli budynek posterunku i wołali: oddajcie nam Piroga – tak nazywał się mój ojciec. Próbowano ich zbyć, ale nie dali się. Ubecy wystraszyli się, że ich podpalą i ojca wypuścili. Jako pięcioletnie dziecko bardzo to przeżyłam. Do dnia dzisiejszego przed oczami mam ten obraz - jak wracali do domu. Ojciec z przodu, wokół niego przyjaciele. Ze śpiewem na ustach. Jak „kosynierzy” ze słynnego obrazu. 

Od tego czasu we wsi powstały dwa nienawidzące się obozy: ci z Jugosławii i ci zza Buga. Ponieważ wciąż nie mieliśmy domu, to na noc zabrał nas do siebie dziadziu. Ale na drugi dzień mówi do ojca: Jasiu szukaj sobie domu, ja mam jeszcze inne dzieci - będzie nam ciasno. Było nam bardzo przykro, mama płakała i tuliła mnie i brata do siebie. Ojciec poszedł. Długo go nie było. Przyjechał samochodem z ruskimi żołnierzami. Zabrali nas i zawieźli do dużego majątku, tam było dużo żołnierzy. Wokoło majątku pozostały po przejściu frontu głębokie rowy – okopy. Tam bawiliśmy się w wojnę. W budynku mieszkalnym zaś były pozostałości z czasów przedwojennych - piękne meble, żyrandole. Oficerowie ruscy wszystko pozabierali i gdzieś wywieźli. 

Nie wszystko jednak było złe. Rosjanie dali nam do dyspozycji dwa pomieszczenia i tam zamieszkaliśmy. Żołnierze byli dla nas dobrzy. Karmili nas konserwami mięsnymi, wozili na przejażdżki samochodami. Pomagali też ojcu. W majątku było dużo zniszczonego sprzętu rolnego i wojskowego. Zmontowali duży ciągnik marki Lanz Bulldog. Odpalało się go przez nagrzanie lampą gruszy żarowej i kręciło się kołem zamachowym. Później zmontowali snopowiązałkę, młocarnię i inny sprzęt rolniczy. Konia dostaliśmy z Unry. Na krótko żyliśmy w miarę dostatnio. Nieco później - w latach 1950 - 56 rodzice nie mieli łatwego życia.
Zaczęto zakładać spółdzielnie produkcyjne. Próbowano zmusić rodziców do przystąpienia. Obronili się - nie przystąpili. Szykanowano ich, rozwieszano plakaty. Ojca ogłoszono kułakiem. Dzieci nie miały wstępu do szkoły średniej. „Zapiszesz się droga wolna, nie to nie”. 

W roku 1960 poznałam chłopca. Tu znowu powstał problem. Chłopak przyjechał w ramach nakazu pracy z Łeby. I co? Okazało się, że on jest zza Buga. Nie swój – znaczy się - wróg. W sprawie ślubu rodzice postawili veto. Nic z tego nie będzie. Na szczęście miałam wspaniałą babcię. Powiedziała nam: nie słuchajcie, co wam mówią rodzice, róbcie swoje. 

Z małżeństwem moich rodziców było inaczej. Mama taty prawie nie znała. Miała szesnaście lat, a ojciec był w wojsku. Był starszy od mamy o dziesięć lat. Rodzice ojca przyszli w swaty do rodziców mamy. Uzgodnili co, kto komu, i ile daje. Ustalili datę ślubu. I tak się pobrali. Wzięli ślub. Potem była wojna i ojciec poszedł w lasy do partyzantki. Spotykali się rzadko. Mama była łącznikiem. Woziła wiadomości dla partyzantów. 

Mój przyszły mąż wtedy powiedział - nie zwlekajmy, bierzmy ślub. I tak się stało. Trzy miesiące znajomości wystarczyło. Postawiliśmy na swoim. Odbyło się wesele na 250 osób. 

Jesteśmy już ze sobą 54 lata. Czy to nie było szaleństwo? Taka krótka znajomość, a w dodatku wbrew rodzinie. Ale udało nam się. Razem przeżyliśmy tyle lat. Mamy dwóch synów, pięcioro wnucząt, no i już jedną prawnuczkę.

Janina Korol